Diese Präsentation wurde erfolgreich gemeldet.
Wir verwenden Ihre LinkedIn Profilangaben und Informationen zu Ihren Aktivitäten, um Anzeigen zu personalisieren und Ihnen relevantere Inhalte anzuzeigen. Sie können Ihre Anzeigeneinstellungen jederzeit ändern.
ANDRZEJ SIEMIENIEWSKI

NA SKALE CZY NA PIASKU

KATOLICKI SERWIS APOLOGETYCZNY
WROCŁAW 2001

1
REDAKCJA:
ALEKSANDRA KOWAL

 COPYRIGHT BY ANDRZEJ SIEMIENIEWSKI
WYDANIE II
(WERSJA ELEKTRONICZNA)

KATOLICKI SERWIS APOLO...
Wstęp
W ciepły, wiosenny dzień roku 2001 zatrzymałem się przed księgarnią w dużym
polskim mieście. Była to, jak oznajmiał ...
Po drugie, nadgorliwi krytycy katolicyzmu uwięzieni w schematach
szesnastowiecznych sporów związanych z Reformacją, nie po...
Kilka przydatnych pojęć: „fundamentalista”, „zbawienie”,
„chrześcijanin”, „biblijne chrześcijaństwo”
W dalszej części nini...
„zaklepane”. Zdobyte raz w ciągu kilkuminutowej decyzji, jest już absolutnie
nieodwołalne, raz na całą wieczność.
Tacy fun...
1. Biblijny sposób czytania Biblii
Pismo św. a Tradycja:
Jak nie czytać Pisma św. na własną zgubę?
„W tekście objawionym s...
wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą
Twego imienia?»” (Mt 7, 22).
Jezus wcale n...
To są słowa św. Hieronima, jednego z największych Ojców Kościoła z IV w., z jego
komentarza do Księgi Izajasza. Na takich ...
pomoże mu też nawet cały autobus teologów, opierających się na „Biblii, samej Biblii i
tylko Biblii”.

Sola Scriptura:
Bib...
absolutnie „sama Biblia i tylko Biblia”, oraz że „ani papież, ani żadna Tradycja nie są nam
potrzebni do zrozumienia Pisma...
2. Kościół: Boży czy ludzki?
Ciało Chrystusa:
Głosimy Jezusa, a nie żaden Kościół!
Zdarzyło się raz czy drugi, że taki wła...
i poszczególnymi członkami; i tak ustanowił Bóg w Kościele najprzód apostołów, po wtóre
proroków, po trzecie nauczycieli, ...
Pisma świętego wystarczy, aby oskarżyć Kościół rzymskokatolicki. Jego długa historia
świadczy, że jest to Kościół odstępcz...
zabawy dziecka odkręcającego nakrętki na torze, a potem dziwiącego się, że pociąg się
wykoleił. Krytycy chrześcijaństwa, k...
stawał się diakonem. Na mocy woli wspólnoty stał się on tylko kandydatem na ten urząd:
„Wybrali Szczepana, męża pełnego wi...
a. Olśniewająca wspaniałość Watykanu?
Wielu ludzi przybywających do Rzymu zachwyca wspaniałość watykańskich
budowli, a szc...
pamiętamy, że Ewangelia według św. Mateusza podając po grecku słowa Jezusa,
przytacza nam ich tłumaczenie. Pan Jezus przec...
przypomnieć niedawne trzykrotne zaparcie się Piotra. Czemu więc w takich
dramatycznych okolicznościach został udzielony da...
do odczytywania i wcielania w życie doskonałego planu, jaki Bóg ma dla każdego
człowieka i dla całego świata.
Jak pięknie ...
Warto tu jeszcze wspomnieć o spotykanym często tytule papieskim „Ojciec
Święty”. Niektórzy bardzo gwałtownie atakują ten z...
akurat jest wspólne katolikom i niekatolikom, i to – niestety! – bardzo ekumenicznie
łączy większość chrześcijan, z katoli...
wspólnota
„Ci wszyscy, co uwierzyli, przebywali razem” (Dz 2, 44); „codziennie trwali
jednomyślnie w świątyni” (Dz 2, 46)....
Należeć do Kościoła:
W denominacyjnej niewoli?
Jeden z byłych katolików, rozczarowany poznanym przez siebie obliczem Kości...
zakonu czy posługiwać całe życie chorym i ubogim. W niektórych rodzi to od razu
podejrzenie, że ktoś taki nie wierzy w bez...
wstydzicie? […] Teraz zaś, po wyzwoleniu z grzechu i oddaniu się na służbę Bogu, jako
owoc zbieracie uświęcenie” (Rz 6, 20...
regularne, cotygodniowe kontakty z macierzystymi Kościołami, nie zmieni faktu, że jest
to nowe wyznanie, choćby nazywało s...
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Na skale czy na piasku?
Nächste SlideShare
Wird geladen in …5
×

Na skale czy na piasku?

2.243 Aufrufe

Veröffentlicht am

Eklezjologia katolicka z perspektywy biblijnej.

Veröffentlicht in: Seele & Geist
  • Als Erste(r) kommentieren

  • Gehören Sie zu den Ersten, denen das gefällt!

Na skale czy na piasku?

  1. 1. ANDRZEJ SIEMIENIEWSKI NA SKALE CZY NA PIASKU KATOLICKI SERWIS APOLOGETYCZNY WROCŁAW 2001 1
  2. 2. REDAKCJA: ALEKSANDRA KOWAL  COPYRIGHT BY ANDRZEJ SIEMIENIEWSKI WYDANIE II (WERSJA ELEKTRONICZNA) KATOLICKI SERWIS APOLOGETYCZNY: NA SKALE CZY NA PIASKU? HTTP://WWW.APOLOGETYKA.KATOLIK.PL APOLOGETYKA@KATOLIK.PL SKŁAD: JACEK JURECZKO 2
  3. 3. Wstęp W ciepły, wiosenny dzień roku 2001 zatrzymałem się przed księgarnią w dużym polskim mieście. Była to, jak oznajmiał napis widoczny już od rogu ulicy, „Księgarnia chrześcijańska” i rzeczywiście sąsiadowała ze sporym budynkiem kościelnym. Kościół należał do jednego z aktywnie działających w tym mieście wyznań niekatolickich, z rodzaju tych, które lubią określać siebie jako wspólnota „biblijnych chrześcijan”. Wszedłem do środka. Oferta była szeroka: od Biblii w różnych wersjach, poprzez ewangelizacyjne książki dla dzieci, po traktaty rozważające, czy współczesna nauka wspiera wiarę, czy też raczej jej przeczy. Obok tej pożytecznej literatury moją uwagę przykuł jeszcze jeden rodzaj publikacji: polemiki z Kościołem katolickim. Wyróżniały się one niezwykłą temperaturą uczuć i ogromnie radykalnymi sądami. Oto co wyczytałem w niektórych proponowanych w „Księgarni chrześcijańskiej” tekstach: „Bratanie się przywódców ewangelicznych z rzymskim katolicyzmem sprzyja globalistycznym planom szatana”. „Już od stuleci hierarchia rzymskokatolicka staje pomiędzy Ojcem a Jego dziećmi, ustalając niebiblijne dogmaty i tradycje. Swoich wiernych utrzymuje w niewiedzy co do wolności w Chrystusie”. Katolicyzm „proponuje «ratalną» łaskę ku życiu wiecznemu. Taka droga do nieba czyni z Chrystusa kłamcę”. „[Katolickie] Magisterium użyje wszelkich środków, by zwiększyć swe wpływy. W jego przepastnym wnętrzu znika i Bóg, i Pismo święte, i Jezus Chrystus. Skutki tej potwornej herezji dla całego rodzaju ludzkiego nie dadzą się oszacować”. W roku 2001, na początku trzeciego tysiąclecia są w Polsce, podobnie jak w wielu innych krajach świata, i takie grupy chrześcijan wierzących w Biblię jako natchniony dar od Boga, którzy w ten właśnie sposób formują postawy swoich wiernych wobec katolików. Nie stronią od wpajania takich skojarzeń z Kościołem katolickim, jak „czynienie z Chrystusa kłamcy”, „potworna herezja”, „sprzyjanie planom szatana”. Zwykle myślenie tego typu kojarzyło nam się z nauczaniem Świadków Jehowy. Okazuje się jednak, że może występować także poza tym ugrupowaniem, i to w środowiskach, po których byśmy się tego nie spodziewali. Z pewnością nie chodzi tu o grupy zbyt liczne i na pewno o wiele lepiej jest zwracać większą uwagę na liczne okazje do ekumenicznej współpracy i do pojednania między chrześcijanami różnych wyznań. Ale często zdarza się, że w swoim zapale misyjnym przedstawiciele owych mniejszościowych grup dążą do „nawracania” katolickich wiernych. A ponieważ w naszych czasach żyjemy hasłem ekumenizmu, stąd może się zdarzyć niewiedza co do intencji tak nastawionych chrześcijan. Dobrze więc jest zapoznać się z ich stylem myślenia o Biblii, ze sposobami jej interpretowania oraz z ich zamiarami wobec katolików. Po pierwsze więc, rozumienie tekstu biblijnego podporządkowane bywa tam radykalnej chęci przeciwstawienia się Kościołowi katolickiemu, którego wierni są uważani za ludzi kompletnie nieświadomych prawdziwego nauczania Pisma św. Czasem powoduje to zdumiewające efekty z pogranicza groteski. Krytycy owi potrafią zapędzić się tak daleko, że widząc nacisk kładziony przez katolików na chrzest, twierdzić będą na temat „Ewangelii, która zbawia”, że „Ewangelia nie mówi o chrzcie” (to nie żarty; naprawdę w publikacji oferowanej w księgarni poważnego wyznania chrześcijańskiego w roku 2001 spotkałem taką tezę). Dlaczego tak napisano? Oczywiście, aby zaraz potem uzupełnić: „jeżeli dodajemy cokolwiek do Ewangelii, przekręcamy ją i jesteśmy pod przekleństwem”. Wniosek z tego ma być prosty: katolicy dodali chrzest do „Ewangelii, która zbawia”, i dlatego są „pod przekleństwem”. Katolik pamiętający słowa Jezusa Chrystusa „kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony” (Mk 16, 16) mógłby wprawdzie zauważyć, że chyba sam Jezus „dodał” chrzest do wymogów zbawienia, ale antykatolicki zapał tego typu misjonarzy nie zraża się tym. 3
  4. 4. Po drugie, nadgorliwi krytycy katolicyzmu uwięzieni w schematach szesnastowiecznych sporów związanych z Reformacją, nie potrafią dostrzec, jak myśl katolicka przez dwadzieścia wieków, począwszy od starożytności i średniowiecza, była uformowana przez gorące pragnienie wierności wobec tekstu biblijnego. U progu dwudziestego pierwszego wieku wyczytałem na przykład w książce nastawionej „misyjnie” wobec katolików, że „wbrew nauce Rzymu, odróżniającej grzechy powszednie od śmiertelnych, za które grozi śmierć, Biblia głosi, że śmierć jest karą za każdy grzech”. Na poparcie tej dziwnej tezy owi antykatoliccy polemiści cytują jakieś teksty Pisma św. niespecjalnie związane z rozróżnianiem rodzajów grzechu (np. Rz 6, 23), natomiast nie przyjdzie im do głowy, aby sięgnąć do tekstu Biblii, który mówi wprost o tym zagadnieniu. Tak to w zapale obrony biblijnej prawdy przed „katolicką herezją” niektórzy będą z przekonaniem twierdzić, że „Biblia głosi, że śmierć jest karą za każdy grzech”, chociaż Biblia omawia ten temat wprost i głosi wyraźnie: „są jednak grzechy, które nie sprowadzają śmierci” (1 J 5, 17). Po trzecie wreszcie, tego typu ludźmi kieruje radykalna niechęć wobec ekumenizmu prowadzącego do bycia wraz z katolikami w jednej rodzinie Kościoła. Głoszą: „Różnice doktrynalne to bariery nie do przebycia dla chrześcijańskiej jedności i stawiają one Kościół rzymskokatolicki i prawosławny poza Bożą rodziną”. Bywa też, że katolickie chrześcijaństwo jest stawiane na równi z najbardziej okrutnymi dyktaturami i totalitarnymi reżimami. O protestantach porozumiewających się z katolikami napisano na przykład: „Jak Roosevelt i Churchill oddający pół Europy na pastwę Stalina, ludzie ci oddali los jednej piątej ludzkości do dyspozycji papiestwa”. Ponieważ w czasach otwartości i ekumenizmu my, katolicy, miewamy więcej okazji do kontaktów również z tak nastawionymi wierzącymi, trzeba być na to przygotowanym. Najważniejszym elementem takiego przygotowania jest świadectwo ukształtowania naszej katolickiej wiary przez Biblię. Kościół czyta przecież z wiarą Pismo św. od dwudziestu wieków i w ten właśnie sposób uformował swoje zwyczaje modlitewne i wyznania wiary. Skoro postawy jawnie wrogie wobec katolików można spotkać dziś wśród ludzi uważających się za „biblijnych chrześcijan”, będziemy pewnie i w przyszłości spotykać na naszej drodze radykalnie antykatolicko nastawionych wyznawców Jezusa. Wobec nich zachować się mamy tak, jak nauczali tego Apostołowie: „Pana zaś Chrystusa miejsce w sercach za Świętego i bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest” (1 P 3, 15). Niech kolejne stronice tego tekstu umocnią w nas nadzieję zbawienia właściwą każdemu wyznawcy Jezusa Chrystusa, niech ugruntują też naszą wiarę dotyczącą Kościoła, sakramentów i modlitwy, słowem tego wszystkiego, co składa się na drogę do Boga. A ponieważ zarówno autorowi tych słów, jak i innym katolikom zdarzały się błędy, zbyt ostre słowa i uprzedzenia wobec chrześcijan wyznających Jezusa Chrystusa na innej ścieżce wiary, niech wzrośnie także nasza miłość do wszystkich, którzy „umiłowali pojawienie się Jego” (2 Tm 4, 8). ***** 4
  5. 5. Kilka przydatnych pojęć: „fundamentalista”, „zbawienie”, „chrześcijanin”, „biblijne chrześcijaństwo” W dalszej części niniejszego tekstu pojawią się takie sformułowania, jak „fundamentalizm biblijny” lub „biblijne chrześcijaństwo”, spotkać się też będzie można ze specyficznym użyciem słów „chrześcijanin” i „zbawienie” w kontekście fundamentalistycznym. Dlatego teraz kilka zdań przybliżających te pojęcia, dla większej łatwości zrozumienia tego, co nastąpi. Często spotykany typ gorliwego przeciwnika Kościoła katolickiego z powodu rzekomej niebiblijności katolików to chrześcijanin nazywany w USA fundamentalistą. Aby zrozumieć motywy ataków fundamentalistów na Kościół katolicki konieczne jest poznanie ich wyobrażenia o nauce Biblii na temat drogi człowieka do Boga. Trzeba także mieć w pamięci fragmenty Pisma św., na których się opierają w głoszeniu swoich nauk. O ile droga człowieka do Boga przedstawiana przez typowego katolickiego nauczyciela wymaga rozpatrywania wielu niuansów i udzielania skomplikowanych wyjaśnień, to ta sama droga przedstawiana przez fundamentalistę jest niezwykle prosta. Tak prosta, że można ją streścić w trzech zdaniach. 1. Od czasu występku Adama i Ewy wszyscy ludzie bez wyjątku rodzą się „pozbawieni chwały Bożej” (Rz 3, 23); dlatego, jeśli nie zdarzy się im okazja do spotkania z Jezusem Chrystusem, po śmierci idą do piekła na wieczne potępienie. 2. Od wieczności w piekle uratowani są tylko ci, którzy w jakimś momencie ziemskiego życia „dostąpili zbawienia” (Dz 2, 47). 3. Zbawienie polega na spełnieniu trzech prostych warunków. Trzeba mianowicie: – uznać siebie samego za grzesznika (Dz 2, 38); – uznać Jezusa z Nazaretu za Syna Bożego, który umarł i zmartwychwstał dla naszego zbawienia (Rz 10, 9); – w konsekwencji przyjęcia powyższych dwóch prawd – wypowiedzieć z mocną wiarą słowa: „Panie Jezu, przyjmuję Cię za mojego Pana i Zbawiciela” (por. Rz 10, 10). Wielu chrześcijan nazywanych w Ameryce „ewangelicznymi fundamentalistami” wierzy, że od momentu spełnienia tych trzech warunków człowiek jest już zbawiony. Dlatego można spotkać się w tym środowisku z wypowiedzią w stylu: „zostałem zbawiony dwa lata temu, w środę 12 lipca po południu”; albo: „kiedy człowiek zostanie zbawiony, to dobrze jest, jeśli przyjmie chrzest”. Spotkamy w literaturze tego typu sformułowania w opisie nabożeństwa nawróceniowego: „po kazaniu trzystu ludzi zostało zbawionych”. Autorzy chcą w ten sposób przekazać myśl, że wspomnianych trzysta osób to ci, co po kazaniu wyszli na środek sali i z wiarą powiedzieli, że przyjmują Jezusa jako swego Pana. W ten sposób zostali zbawieni. Jak widać, rozumienie słowa zbawienie znacznie odbiega od jego znaczenia, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni w Kościele katolickim. O podobnej trudności trzeba pamiętać, jeśli w fundamentalistyczno-ewangelicznej literaturze spotkamy się z określeniem chrześcijanin. Słowo to najczęściej oznacza to samo, co „człowiek zbawiony”, a więc używa się go na określenie kogoś, kto kilka lub kilkanaście lat temu „przyjął Jezusa jako Pana i Zbawiciela” w opisany wyżej sposób. Kto natomiast nigdy w życiu nie został zaproszony do wypowiedzenia takiej lub podobnej formuły, ten w oczach ewangelicznego fundamentalisty w ogóle nie jest chrześcijaninem. Dlatego dla typowego przedstawiciela tego nurtu większość katolików i prawosławnych to nie są „chrześcijanie”. Chrześcijan trzeba z nich dopiero uczynić. Według wyobrażeń ewangelicznych fundamantalistów o nauce Pisma św. człowieka, który „przyjął Jezusa jako Pana i Zbawiciela”, nic nie jest już w stanie pozbawić tak nabytego zbawienia. W szczególności, wbrew wierze katolików i prawosławnych, nie ma takiej mocy żaden grzech ani żadne odstępstwo. Jeśli „zbawiony człowiek” grzeszy zbyt zuchwale lub wyzywająco, Bóg może go ukarać jakąś przemijającą karą, może nawet chorobą lub przedwczesną śmiercią, ale zbawienie wieczne jest już 5
  6. 6. „zaklepane”. Zdobyte raz w ciągu kilkuminutowej decyzji, jest już absolutnie nieodwołalne, raz na całą wieczność. Tacy fundamentalistyczni chrześcijanie myślą, że w zasadzie nic więcej nie należy do zbawczego przekazu Biblii. Dlatego tak bardzo denerwuje ich nauka Kościoła katolickiego, która jest o wiele obszerniejsza i o wiele bardziej skomplikowana. Wszystko to wydaje się typowemu ewangeliczno-fundamentalistycznemu wierzącemu zupełnie zbędnym balastem, niepotrzebnym dodatkiem pochodzącym z ludzkiej tradycji, wymysłem papieży i Ojców Kościoła. Dlatego katolicyzm przeciwstawiany jest tak zwanemu biblijnemu chrześcijaństwu. Ta ostatnia nazwa obejmuje oczywiście tylko wyznawców opisanej powyżej drogi zbawienia. Misja ewangelizacyjna fundamentalisty skierowana do katolika będzie się starała więc, co oczywiste, uwolnić z wszelkiego „zbędnego balastu” wyznawcę Ewangelii uformowanego w tradycji katolickiej. Często trudno to sobie wyobrazić inaczej niż jednoczesne „uwolnienie” z przynależności do Kościoła katolickiego. Jak mawiają tak usposobieni ewangelizatorzy w Ameryce: Jesus saves, Rome enslaves („Jezus zbawia, Rzym zniewala”). Popularny w tych kręgach autor sformułował to jeszcze inaczej: jeśli „blisko do Boga”, to „daleko od Rzymu”. Co ciekawe, trzypunktowa droga do zbawienia jest bardzo rzadko w sposób jasny formułowana, chociaż leży u podstaw ogromnej ilości literatury i obfitej tradycji kaznodziejskiej. Dopiero bowiem gdy się ją przedstawi w klarownym schemacie, wychodzą na jaw jej niedoskonałości. Każdy bowiem, kto choć trochę zna Biblię, stanie od razu przed problemem: jeśli każdy człowiek idzie do piekła, z wyjątkiem tych, którzy uwierzyli i wyznali, że przyjmują Jezusa jako Pana i Zbawiciela – to jak ocaleli przed piekłem Abraham ( Łk 16, 22), Izaak i Jakub (Mt 8, 11), Mojżesz i Eliasz (Łk 9, 30)? Czy ewangeliczni fundamentaliści wierzą, że również Jeremiasz i Ezechiel, a także mnóstwo proroków i pobożnych Izraelitów z czasów Starego Testamentu, że wszyscy oni, którzy zawierzyli Bogu Izraela, poszli do piekła na wieczne potępienie? Trudno przecież nie zauważyć, że nigdy nie mieli okazji przyjąć Jezusa jako Pana i Zbawiciela (podobnie zresztą, jak miliony ludzi żyjących poza zasięgiem oddziaływania wspólnot chrześcijańskich)! Jeszcze w XIX wieku, uzupełniano ewangeliczny protestantyzm o teorie mówiące, że Pan Bóg zmienia co pewien czas warunki zbawienia (określano to za pomocą trudnego słowa „dyspensacjonalizm”). Od tego czasu minęło jednak sto lat i w popularnej wersji fundamentalizmu ewangelicznego przestano się martwić o takie szczegóły. Obecnie im prościej, tym lepiej. A jeśli Kościół katolicki udziela zbyt skomplikowanych odpowiedzi, bo dostrzegł zbyt dużo pytań czekających na odpowiedź – to lepiej uciąć dyskusję używając zamiast argumentu radykalnego wezwania: „To my jesteśmy biblijnymi chrześcijanami, właściwie to tylko my jesteśmy w ogóle chrześcijanami, bo tylko my jesteśmy zbawieni!” 6
  7. 7. 1. Biblijny sposób czytania Biblii Pismo św. a Tradycja: Jak nie czytać Pisma św. na własną zgubę? „W tekście objawionym sam Ojciec niebieski wychodzi nam na spotkanie i rozmawia z nami” – to są słowa Jana Pawła II. Czytanie Pisma św. jest najprawdziwszą rozmową z Bogiem. Owszem, jeśli jest to czytanie właściwe. Czy przyszło ci jednak kiedyś na myśl, że jeśli odpowiednie czytanie Pisma św. prowadzi do serdecznej zażyłości z Panem, to niewłaściwe czytanie Biblii może przynieść duchową zgubę? Jeśli nie, to Bóg pomyślał o tym przed tobą i przestrzegł cię przed tym w swoim własnym Słowie. Powiedział nam, że niektórzy „opacznie tłumaczą Pisma na własną swoją zgubę” (2 P 3, 16). Są tacy, którzy uczą, aby każdy sam sobie tłumaczył Biblię, a Bóg zachowa go od błędu. Inni twierdzą, że prawidłowo będą tłumaczyli Słowo Boże charyzmatycy, bo to oni mają dar rozeznania, i dlatego ich trzeba słuchać. Jeszcze inni mówią, że trzeba słuchać Kościoła i rozumieć Pismo św. tak, jak zawsze przez dwadzieścia wieków – rozumiała je kościelna Tradycja. Kto ma rację? a. Każdy sam sobie tłumaczy Pismo? Wielu jest zwolenników tej pierwszej metody. Mówią: „Jeśli ja mam Ducha Świętego, to dlaczego nie miałbym sam najlepiej rozumieć tekstu, który ten Duch napisał? Cóż mogą mi pomóc ludzkie tradycje i zwyczaje, skoro czytając Biblię rozmawiam z samym Bogiem?” Odpowiedź na te pytania znajdziemy w samym Piśmie świętym. Jest tam napisane wyraźnie: „to przede wszystkim miejcie na uwadze, że żadne proroctwo Pisma nie jest dla prywatnego wyjaśnienia” (2 P 1, 20). A ponieważ jednocześnie doskonale wszyscy wiemy, że samodzielne czytanie Biblii jest nadzwyczaj pożyteczne dla duchowego rozwoju i od wieków polecane było w Kościele, zwłaszcza w zakonach jako tak zwane „czytanie duchowne”, pojawia się przed nami bardzo ważny problem: jak właściwie zrozumieć przestrogę Apostoła Piotra, aby nie osłabić jednocześnie orzeźwiającego, codziennego kontaktu z żywym Słowem Bożym spisanym w Biblii. Jeśli ktoś nie chce się stosować do wyraźnej wskazówki zawartej w Piotrowym liście, wtedy lektura Biblii może przestać być dla niego duchowym pokarmem i źródłem życia, a stać się trucizną prowadzącą do zguby. Apostoł Piotr widząc takie smutne sytuacje już w I wieku ostrzegał: „nasz brat Paweł napisał do was we wszystkich listach […] są w nich trudne do zrozumienia pewne sprawy, które ludzie niedouczeni i mało utwierdzeni opacznie tłumaczą, tak samo jak i inne Pisma, na własną swoją zgubę” (2 P 3, 15-16). Kierowane pychą i zarozumiałością indywidualistyczne interpretowanie Biblii może więc być czytaniem „na własną zgubę”. b. Charyzmatycy są ostatecznym autorytetem, bo mają dar rozeznania? Wielu chrześcijan myśli, że w wątpliwych sprawach przy lekturze Biblii zawsze można odwołać się do daru rozeznania. Jeśli ktoś czyni cuda, prorokuje, wyrzuca złe duchy – to przecież najlepszy dowód, że działa w nim Duch Boży. A jeśli tak jest, to czy ten sam Duch nie podpowie mu przez duchowy dar, jak rozumieć trudniejsze miejsca Pisma? Wystarczy przecież tylko pomodlić się o natchnienie i namaszczenie – i odpowiedź będzie gotowa! Tymczasem jednak Jezus w Biblii wyraźnie mówi, że jest to metoda niewystarczająca. Przepowiedział, że będą tacy, którzy spełniając nawet wielkie charyzmatyczne dzieła, będą w błędzie i w konsekwencji daleko od Niego: „Wielu powie mi w owym dniu: «Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia i nie 7
  8. 8. wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia?»” (Mt 7, 22). Jezus wcale nie zaprzecza, że ludzie, o których mówi, spełniali takie cudowne dzieła; wcale nie mówi, że proroctwa ich były nieprawdziwe, a ich cuda fałszywe. Mówi po prostu, że pomimo to wszystko nie byli to „Jego ludzie”: „Wtedy oświadczę im: «Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości»” (Mt 7, 23). Kierowanie się „wielką charyzmatycznością” w przyjmowaniu różnych nowych idei i nauk podpieranych cytatami z Biblii może być zwodnicze. Może być przyjmowaniem pouczeń od ludzi, o których Jezus mówi: „nigdy was nie znałem”. Należy dokładać starań, by przez lekkomyślną naiwność nie stanąć w gronie takich, o których prorokował Paweł: „Przyjdzie chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań – ponieważ ich uszy świerzbią – będą sobie mnożyli nauczycieli” (2 Tm 4, 3). c. Czytanie Biblii według Tradycji Kościoła Drugi List Piotra poświęcony jest w bardzo dużej części problemowi, kto autorytatywnie ma określać sens Pisma św. Problem ten stał się niezmiernie ważny już w pierwotnym Kościele, skoro „znaleźli się fałszywi prorocy wśród ludu” (2 P 2, 1). Piotr poleca, aby wśród licznych sprzecznych nauk i bałamutnych twierdzeń opartych na pokrętnym tłumaczeniu Pisma przypomnieć sobie, jakie było nauczanie podawane przez posłanych przez Jezusa pasterzy Kościoła: „pobudzam wasz zdrowy rozsądek, abyście przypomnieli sobie […] przykazania Pana i Zbawiciela, podane przez waszych apostołów” (2 P 3, 1-2). Interesujące jest, że zanim jeszcze Piotr odwołał się do darów rozeznawania i rozpoznawania przypomniał o innym wielkim darze Bożym: o zdrowym rozsądku. Apostołowie wiele na ten temat mówili w obliczu fanatyzmu, rozgorączkowania i nadużywania pseudoduchowych sposobów rozumienia Słowa. „Zdrowy rozsądek” (2 P 3, 1), „duch trzeźwego myślenia” (2 Tm 1, 7), „zdolność rozumu”, którą obdarzył nas Syn Boży (1 J 5, 20) czy nie są to elementy biblijnego nauczania nieco dziś zapomniane? O ile prywatne czytanie Pisma służy pokrzepieniu serca i pomaga w duchowym karmieniu się, to na pewno nie służy do wyciągania doktrynalnych wniosków na własną rękę i późniejszego podpierania ich wyrwanymi z kontekstu cytatami. Apostoł Piotr z całym naciskiem podkreśla: „to przede wszystkim miejcie na uwadze, że żadne proroctwo Pisma nie jest do prywatnego wyjaśnienia” (2 P 1, 20). Posługę wyjaśniania sensu trudniejszych miejsc w Biblii sprawuje Kościół poprzez tych, którzy pełnią urząd nazwany w Piśmie episkopoi i presbyteroi. Episkopoi znaczy po grecku „nadzorujący”. Stąd pochodzi polskie słowo „biskup”, oznaczające pasterza, który nadzoruje prawidłowość głoszonej nauki i porządku kościelnego. Presbyteroi oznacza „starsi” w znaczeniu przewodniczenia wspólnotom kościelnym. Stąd „prezbiterzy”, czyli „księża” (kapłani Kościoła). Urząd nadzorowania nauczania Ewangelii był sprawowany przez całą historię Kościoła. Najbardziej warto uczyć się rozumienia Biblii od tych, których ze względu na szczególne światło Ducha Świętego nazwano Doktorami i Ojcami Kościoła. Spośród wielkich biskupów i prezbiterów starożytności wyróżniono grono takich, którzy pokazują nam, jak właściwie rozumieć Biblię. Tacy ludzie, jak św. Augustyn, św. Hieronim, św. Bazyli czy św. Jan Chryzostom tworzą najbardziej czcigodną część Tradycji Kościoła. Tradycja zaś to sposób rozumienia Pisma św. w Kościele. Przeciwstawianie Tradycji Pismu św. jest nieporozumieniem. „Posłuszny nakazom Chrystusa: «Badajcie Pisma» oraz «Szukajcie, a znajdziecie» wypełniam swoją powinność, bym przypadkiem nie usłyszał: «Jesteście w błędzie nie znając Pisma ani mocy Bożej». Jeśli bowiem, jak mówi Apostoł Paweł, Chrystus jest mocą Bożą i mądrością Bożą, to ten, kto nie zna Pisma, nie zna mocy Boga ani Jego miłości: nieznajomość Pisma jest nieznajomością Chrystusa”. 8
  9. 9. To są słowa św. Hieronima, jednego z największych Ojców Kościoła z IV w., z jego komentarza do Księgi Izajasza. Na takich intuicjach wzrastał Kościół, ludzi tak właśnie myślących uznawano za wielkich Doktorów i Ojców. A oto inna sławna wypowiedź Hieronima: „Czytaj często święte Pisma. Powiem więcej: niech twe dłonie nigdy nie odkładają świętego tekstu. Ucz się tego, czego masz nauczać”. Ten wielki myśliciel był znany z niezmiernie trafnych i ogromnie zwięzłych aforyzmów, jak na przykład taki: „Kochaj Pismo św., a kochać cię będzie mądrość”. To nastawienie nigdy nie znikło z wiary i pobożności katolickiej. Zwołany w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku Sobór Watykański II autorytatywnie stwierdza, nie pozostawiając cienia wątpliwości: „Kościół […] zawsze uważał i uważa Pisma Boże zgodnie z Tradycją świętą, za najwyższe prawidło swej wiary” (Dei Verbum, 21). Uważna lektura powyższej wypowiedzi nasunie zapewne ważne pytanie: dlaczego Sobór dodał, że Biblia staje się najwyższym prawidłem wiary „wraz z Tradycją świętą”? Czy nie następuje tu pomieszanie objawionej nauki Bożej z najróżniejszymi zwyczajami pobożnymi, a może nawet z religijnym folklorem? Czy nie będzie to oznaczać na przykład, że tradycja jesiennego pielgrzymowania do diecezjalnego sanktuarium stanie się równie ważna jak tradycja nauczania o czterech Ewangeliach? Otóż trzeba zwrócić uwagę na to, że nie o każdą „tradycję” tu chodzi, ale o „Tradycję świętą”. Mowa tu więc nie o ludowych zwyczajach, folklorze świątecznym, objawieniach prywatnych, pielgrzymkach, sanktuariach i nauczaniach pojedynczych, choćby najświętszych autorów. Wszystko to są różne „tradycje”. Kiedy natomiast mówimy o tym, że „Pisma Boże zgodnie z Tradycją świętą są najwyższym prawidłem naszej wiary”, to mamy na myśli tylko i wyłącznie Tradycję, która jest sposobem rozumienia biblijnego objawienia, Tradycję, która pozwala nam zrozumieć poszczególne fragmenty Pisma, szczególnie te trudniejsze. Dlatego katolik pyta się: Jak rozumiano dany tekst biblijny w historii Kościoła począwszy od pierwszych wieków? Jak tłumaczyli go Ojcowie Kościoła w III i IV wieku? Jak interpretuje go nauczanie biskupów i papieży ostatnich stuleci? Dlatego właśnie, zdaniem katolików, autorytet Biblii natchnionej przez Ducha Świętego wymaga połączenia z autorytetem wierzącego Kościoła wszystkich czasów, bo przecież w Kościele działa ten sam Duch Pański. To właśnie nazywamy czytaniem „Pisma Bożego zgodnie z Tradycją świętą”. Nie należy tego mylić z wieloma „tradycjami” (piszemy to małą literą, w odróżnieniu od Tradycji rozumienia Biblii). Owe tradycje to zwyczaje pobożnościowe, często ludowe, które powstają i zanikają, jednych inspirują, a innym się nie podobają, ale w każdym razie nie stanowią centrum naszej wiary. Teraz przykład dla nieprzekonanych, którzy wciąż mniemają, że Pismo św. samo się wystarczająco jasno wytłumaczy do tego stopnia, że żadne odwoływanie się do tradycji nie jest potrzebne. Znany chrześcijański publicysta amerykański, ewangeliczny protestant doktor James C. Dobson w wydanej w 1996 roku książce Miłość musi być twarda (Love Must Be Tough) pisze: „Jestem pewien, że nie ma żadnego sposobu, aby jakakolwiek grupa chrześcijan wybrana losowo kiedykolwiek doszła do jednomyślności w sprawie rozwodu i ponownego małżeństwa. Więcej nawet. Nie wierzę, aby cały autobus amerykańskich teologów ewangelicznych mógł być jednomyślny w sprawie rozwodu i ponownego małżeństwa, nawet gdyby podróżowali po Stanach Zjednoczonych przez całe lato!” Czy Dobson pisze o jakimś nieistotnym, marginalnym aspekcie wiary, który może być rozumiany tak, albo inaczej, bo nie ma to większego wpływu na nasze życie z Jezusem? Otóż czytamy w Biblii, że sprawa ta nie jest błaha: „Kto oddala żonę swoją, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo względem niej” (Mk 10, 11). A skoro jednocześnie „cudzołożnicy nie odziedziczą królestwa Bożego” (1 Kor 6, 9-10), oznacza to, że zdaniem wybitnego ewangelicznego publicysty „nie ma żadnego sposobu”, aby pewnego typu chrześcijanie, i to nazywający siebie „ewangelicznymi” poinformowali człowieka mającego taki problem małżeński, że jego droga życiowa nie prowadzi do królestwa Bożego! Nie 9
  10. 10. pomoże mu też nawet cały autobus teologów, opierających się na „Biblii, samej Biblii i tylko Biblii”. Sola Scriptura: Biblia, sama Biblia i tylko Biblia „Chrześcijanin powinien kierować się tylko Biblią! Pismo św. i tylko Pismo św. ma być naszym drogowskazem. Modlę się do Ducha Świętego, sam czytam w domu Biblię, a więc wiem wszystko i nie potrzebuję niczyjego wyjaśnienia w żadnej sprawie”. Zwolennicy takiego stanowiska powołują się czasem na zasadę zwaną z łacińska sola Scriptura, która polega na twierdzeniu, że jedynym autorytetem w sprawach wiary ma być „sama Biblia”. Tymczasem, jako katolicy przyzwyczailiśmy się do wspierania naszej wiary pomocniczymi argumentami w rodzaju: „Jan Paweł II w czasie swojej katechezy na placu św. Piotra powiedział, że…” albo „już od piątego wieku rozpowszechnił się zwyczaj używania obrazów w modlitwie”. Powoływanie się na nauczanie papieży i biskupów, przykłady z historii Kościoła są to dla nas ważne pomoce w chrześcijańskim życiu według Objawienia Bożego. Uczą nas, jak rozumieć wiele prawd wiary, podpowiadają prawidłową interpretację tego, o czym czytamy w Piśmie św. Czasem spotykamy się jednak z wręcz przeciwną opinią, mówiącą, że wszystko, czego potrzebuję, by posiąść zasady chrześcijańskiej wiary, to prywatny egzemplarz Biblii, chwila modlitwy o oświecenie i zapas dobrych chęci. W ten sposób, podobno, zbłądzić nie mogę. Czy na pewno? a. Czy Biblia naucza o tym, że uczyć się mamy tylko i wyłącznie z samej Biblii? Dla zwolenników tezy o absolutnej wystarczalności Biblii, czytanej bez potrzeby wyjaśnień i interpretacji ze strony pasterzy Kościoła i historii wiary wierzącego ludu (czyli Tradycji) największym problemem jest sama Biblia. Otóż Pismo św. nigdzie nie zawiera twierdzenia, że samo w sobie wystarczy, albo że samo w sobie jest w prosty sposób zrozumiałe dla wszystkich. Jakby tego było jeszcze mało, to wprost mówi nawet coś dokładnie przeciwnego. Tekst biblijny miejscami bywa na tyle trudny, że ”ludzie niedouczeni i mało utwierdzeni opacznie tłumaczą„ Pismo św. „na własną zgubę” (2 P 3, 16). Najmocniejszy fragment z Nowego Testamentu w kwestii autorytetu Biblii to piękne zdania z Listu św. Pawła do Tymoteusza. Często powołują się na nie zwolennicy wyłącznego autorytetu Biblii we wszystkich sprawach związanych z wiarą chrześcijańską. „Od lat niemowlęcych znasz Pisma święte, które mogą cię nauczyć mądrości wiodącej ku zbawieniu przez wiarę w Chrystusie Jezusie. Wszelkie Pismo, od Boga natchnione [jest] i pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do kształcenia w sprawiedliwości aby człowiek Boży był doskonały, przysposobiony do każdego dobrego czynu” (2 Tm 3, 14-17). Jeśli uważnie przyjrzeć się tym zdaniom, to oczywiście nic specjalnie przeciwnego Tradycji Kościoła z nich nie wynika. Mówią one po prostu, że podstawą nauczania, przekonywania i kształcenia chrześcijańskiego ma być Pismo św. (dlatego w Kościele w czasie Eucharystii w liturgii Słowa czyta się tylko i wyłącznie Biblię), oraz że należy je wykorzystać do prowadzenia chrześcijanina ku doskonałości (dlatego podstawową formą nauczania w Kościele katolickim powinna być homilia – wyjaśnianie czytań biblijnych). Z cytowanego fragmentu 2 Tm wynika, że to, co się robi w liturgii Słowa w czasie Mszy św., jest dobre i że tego należy się trzymać. Jeśli chcemy prowadzić chrześcijan ku doskonałości, to „wszelkie Pismo od Boga natchnione” jest do tego celu „pożyteczne”, podczas gdy o innych pismach, nienatchnionych, czegoś podobnego nie czytamy. Natomiast pozostaje tajemnicą, jak wyprowadzić z tego wnioski o tym, że wystarczy 10
  11. 11. absolutnie „sama Biblia i tylko Biblia”, oraz że „ani papież, ani żadna Tradycja nie są nam potrzebni do zrozumienia Pisma św.” b. Prawdziwie katolicka wiara w „samą Biblię” Istnieje więc jakaś niepoprawna forma wiary w wystarczalność „samej Biblii” (sola Scriptura), która to wiara nie jest oparta na żadnym biblijnym tekście, a więc jest sprzeczna sama w sobie. Polega to na głoszeniu, że Pismo św. jest samo w sobie tak jasne, że każdy człowiek dobrej woli z łatwością i bez niebezpieczeństwa błędów sam i bez pomocy je zrozumie. Dlatego też nie miałoby być potrzebne światło w postaci Tradycji Kościoła i Magisterium papieży i biskupów. Jako lekarstwo na taki bezpodstawny optymizm polecam osobiście krótkie rozmowy (koniecznie w krótkich odstępach czasu!) ze: 1) świadkiem Jehowy, 2) mormonem; 3) adwentystą; 4) członkiem Kościoła nowoapostolskiego. Wszyscy czterej będą z absolutną pewnością wywodzić z tekstu Biblii rzeczy absolutnie sprzeczne ze sobą, i na każdą ze swoich tez będą mieli poparcie sporej ilości wersetów biblijnych. Jeśli takie rozmowy przeprowadzi się w odstępach nie większych niż kilka dni – efekt jest zapewniony, a jest nim uleczenie z wiary w tak rozumianą wyłączną wystarczalność Biblii. Istnieje jednak prawidłowa, katolicka wiara w wystarczalność Pisma św., a więc katolicka postać wiary sola Scriptura. Każdy katolik powinien wierzyć przecież, że istnieje tylko jedna księga święta na świecie, tylko jedna księga natchniona Duchem Świętym i dlatego nieomylna w sprawach wiary i moralności. Księgą tą jest Biblia: „wierzę w coś objawił, Boże, Twe Słowo mylić nie może” – tak uczono dzieci na lekcjach religii. Spisane, natchnione źródło objawienia Bożego jest tylko jedno, a jest nim „tylko Pismo św.”, a więc sola Scriptura. Taki pogląd nazywamy uczenie „wystarczalnością materialną”, a to dlatego, że „materia” naszej wiary pochodzi z Pisma św. Natomiast jak ją bez błędów zrozumieć – w tym pomaga Tradycja i bieżące Magisterium Kościoła. Zresztą sama Biblia wystarczająco jasno o tym poucza: „Żadne proroctwo Pisma nie jest dla prywatnego wyjaśnienia, nie z woli bowiem ludzkiej zostało kiedyś przyniesione, ale kierowani Duchem Świętym mówili święci ludzie” (2 P 1, 20-21). Stanie się to jaśniejsze, jeśli będziemy pamiętać, że na samym początku chrześcijaństwa nie było jeszcze Nowego Testamentu, a opierano się tylko na ustnym przekazie Apostołów. W przeciwnym razie, jak wskazuje doświadczenie, można przy odrobinie fantazji i dawce „wewnętrznego namaszczenia” udowodnić za pomocą Pisma św. praktycznie wszystko. W historii zdarzało się już wykazywanie na podstawie biblijnych cytatów, że Jezus Chrystus nie był Żydem, że koniecznie należy podtrzymywać segregację rasową, że grzechem jest walczyć z niewolnictwem, że należy przywrócić zwyczaj posiadania wielu żon naraz, że niemożliwe jest zbawienie bez modlitwy w językach, że… tu w historii chrześcijaństwa nastąpiły praktycznie wszystkie najbardziej fantastyczne i najbardziej nawet dowolne pomysły. 11
  12. 12. 2. Kościół: Boży czy ludzki? Ciało Chrystusa: Głosimy Jezusa, a nie żaden Kościół! Zdarzyło się raz czy drugi, że taki właśnie okrzyk: „Głosimy Jezusa, a nie żaden Kościół!” dał się słyszeć z ust gorliwych ewangelizatorów. Pozornie brzmiało to zachęcająco. Myślano przy tym: nie chodzi przecież o przynależność do organizacji ani o struktury stworzone przez człowieka, ale o żywą relację z Bogiem. Pozornie wszystko się zgadza. A co na to mówi Słowo Boże? Czy pozwala rozdzielić Jezusa od Kościoła? Czym według Biblii jest Kościół dla samego Jezusa? Czym dla Apostoła Pawła? Czym wobec tego ma być Kościół dla nas? Czy możemy mieć żywą relację z Jezusem nie przyjmując do wiadomości, że istnieje założony przez Niego Kościół? a. „Małżonka Baranka” Czym jest Kościół dla Jezusa Chrystusa, dowiadujemy się ze zdumiewających słów księgi Apokalipsy. Czytamy tam, że gdy z ziemi do nieba wznosi się głos modlitwy chrześcijan, to jest on wspólnym wołaniem „Ducha i Oblubienicy” (por. Ap 22, 17). Greckie słowo nymphe (Oblubienica) znaczy tyle co „panna młoda”, albo „małżonka w dniu ślubu”. Oto czym – a raczej kim! – jest Kościół dla Jezusa. Jest Jego sercu tak drogi, jak żona dla męża w dniu ich zaślubin. Porozmawiaj ze swoim znajomym o jego narzeczonej w przeddzień ich ślubu: może dowiesz się trochę o tym, co odczuwa serce Jezusa na dźwięk słowa „Kościół”. Na innym miejscu Biblia nazywa Kościół „Małżonką Baranka” (dosłownie więc: „żoną Jezusa”!) Co może sobie myśleć Pan Jezus, gdy słyszy: „głosimy, Panie Jezu, Ciebie, ale o wybrance Twego Serca, Oblubienicy i Małżonce nie chcemy słyszeć”? Słowa te przecież w świetle Słowa Bożego są absurdalne! Co więcej, nawet sam Krzyż Chrystusa jest owocem Jego miłości do Kościoła; dar sakramentów jest darem dla Kościoła; zesłanie Ducha Świętego – jest dla Kościoła. O tym wszystkim czytamy w Biblii: „Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić, oczyściwszy obmyciem wodą, któremu towarzyszy słowo, aby osobiście stawić przed sobą Kościół jako chwalebny, nie mający skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany” (Ef 5, 25-27). Jeśli więc Jezus umiłował Kościół i siebie samego za Kościół wydał – to jaka ma być nasza postawa wobec Kościoła? Tak jak Apostołowie mamy oddawać Bogu chwałę „w Kościele i w Chrystusie Jezusie” (Ef 3, 21). Nie w Chrystusie Jezusie bez „jakiegoś tam Kościoła” – bo to byłoby z gruntu niebiblijne, ale – tak jak uczy Pismo św. – „w Kościele i w Chrystusie Jezusie”. b. „Ciało Chrystusa” Czym jest Kościół dla Apostoła Pawła? Jest przedmiotem jego codziennej, nieustannej miłości. A jeśli dostrzega jakieś braki czy potrzeby w Kościele, to jego miłość nie tylko nie słabnie, ale wręcz przeciwnie: tym skuteczniej zaczyna działać. Jego „codzienna udręka płynie z troski o wszystkie Kościoły” (por. 2 Kor 11, 28). Jeśli trzeba, Apostoł samego siebie za Kościół ofiarowuje i woła: „dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” (Kol 1, 24). Wiara chrześcijańska oparta na Biblii nie zna rozdzielenia Chrystusa od Kościoła. Czy można oddzielić Jezusa od jego Ciała? Czy można, po tym jak Jezus wprowadził nas do Kościoła, żyć inaczej, jak tylko korzystając z tych posług, które Bóg w Kościele ustanowił, poczynając od posługi Apostołów i ich następców? „Jesteście ciałem Chrystusa 12
  13. 13. i poszczególnymi członkami; i tak ustanowił Bóg w Kościele najprzód apostołów, po wtóre proroków, po trzecie nauczycieli, tych, co mają dar czynienia cudów…” (1 Kor 12, 27-28). c. Kościół – wspólnotą świętych? Czasem mówi ktoś: dobrze, w planie Bożym tak było. Ale potem Kościół okazał się Kościołem grzeszników, a nie świętych, wobec tego trzeba sobie poszukać lepszej wspólnoty. A może – kto wie? – trzeba sobie samemu taki Kościół, czysty i nieskalany, utworzyć? Coś w stylu: „skoro nie wyszedł Panu Bogu w Jego zamysłach wobec Kościoła «plan A», dlatego czas najwyższy sięgnąć po drugą opcję: «plan B»!” Czy rzeczywiście jest możliwe, aby wskutek grzechu i niewierności chrześcijan Kościół kiedyś przestał się Panu Bogu podobać? Według Biblii nie jest możliwe nawet to, żeby lud Starego Przymierza, Izrael przestał się podobać Panu Bogu. Nawet po tym, jak większość Żydów w I wieku nie uznała Mesjasza w Jezusie i nie przyjęła Ewangelii, Pismo św. na pytanie „czy Bóg odrzucił lud swój?” ma tylko jedną odpowiedź: „żadną miarą! […] bo dary łaski i wezwania Boże są nieodwołalne” (Rz 11, 1 i 29). Nawet lud Boży Starego Przymierza nie mógł niczego takiego uczynić, aby zostać odrzuconym. To samo, oczywiście, dotyczy ludu Nowego Przymierza, Kościoła. On też cieszy się przywilejem nieutracalnej miłości Boga. Nawet wtedy, gdy chrześcijanie okazują się niewierni? Tak, nawet wtedy: „jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć samego siebie” (2 Tm 2, 13). Podobnie jak Izraelici, tak samo ludzie w Kościele niczego takiego nie mogą uczynić, aby Kościół przestał być Oblubienicą Baranka. Nie może tego spowodować żaden grzech ani żadna niewierność. Dlaczego? Bo Bóg „nie może się zaprzeć siebie samego”. Nie znaczy to, że Bóg nie widzi grzechów w Kościele. Widzi je, ale Jego reakcją nigdy nie jest odwrócenie się od swojego ludu. Bóg reaguje zawsze wezwaniem do nawrócenia. Ile razy Bóg zauważa sprzeniewierzenie się ludu swojemu powołaniu (a zauważa to, niestety, nad wyraz często), tyle razy woła: „znam twoje czyny, żeś ani zimny, ani gorący […] nawróć się […] oto stoję u drzwi i kołaczę, jeśli ktoś posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego” (Ap 3, 15 i 20). Te słowa Jezusa z Apokalipsy nie są skierowane do niewierzących! To są słowa wypowiedziane do Kościoła! Wynika z nich, że może zdarzyć się taka sytuacja, kiedy Pan Jezus stoi przed jakąś wspólnotą czy grupą kościelną i okazuje się, że pozostawiono go na zewnątrz, za drzwiami. Mogły zdarzać się takie sytuacje przez całe okresy historyczne, kiedy Pan Jezus musiał (z zewnątrz!) stukać do serc chrześcijan. Mimo to nie powiedział: „utworzę sobie inny, nowy lud, obok starego”. Zawsze wołał: „kołaczę; a jeśli usłyszy wejdę do niego”. d. Inkwizycja, stosy, wojny religijne, niewolnictwo… czyli w pisarskiej szkole „Strażnicy” Istnieje pewien gatunek literacki, który można by nazwać „literaturą «Wielkiego Boju»”, a to od tytułu sędziwej już dziś książki (tekst powstał w 1888 roku) napisanej przez współzałożycielkę nowoczesnego adwentyzmu, panią Ellen G. White. Książka nosi polski tytuł właśnie Wielki Bój, a jej tytuł angielski jest jeszcze bardziej obiecujący i znaczy w tłumaczeniu: Wielkie zmagania między Chrystusem a Szatanem. Nietrudno domyślić się, że Kościół katolicki konsekwentnie został tam opisany jako siła działająca po stronie szatana, a sprawę Chrystusa też łatwo zgadnąć po wiekach zmagań i trudów, dziś z powodzeniem realizują Adwentyści Dnia Siódmego. Gatunek literacki Wielkiego Boju kontynuowali potem z zapałem Świadkowie Jehowy. Schemat, powielany od zeszłego wieku, jest prosty. Przypomina się, że w dawnych czasach istniała wśród katolików Inkwizycja skazująca ludzi na śmierć za przekonania religijne. Dobrych chrześcijan skazywano na stosy. Rozniecano antysemityzm i tolerowano niewolnictwo, a nawet ciągnięto z tego dochody finansowe. Wspierano różnych niesprawiedliwych i okrutnych władców. Dołącza się do tego porozumiewawczy szept: „Przecież Hitler był formalnie rzecz biorąc katolikiem!” Wniosek? „Kilka słów z 13
  14. 14. Pisma świętego wystarczy, aby oskarżyć Kościół rzymskokatolicki. Jego długa historia świadczy, że jest to Kościół odstępczy”. Zakres obraźliwych wyzwisk pod adresem Kościoła katolickiego powtarza się w literaturze tego gatunku dość monotonnie: „gigantyczny system fałszywej religii”, „mistrzowskie arcydzieło szatana”, „smok dał władzę bestii”, „wielki Babilon pijany krwią świętych”. Wszystko to znalazło się dawno temu w bojowych dziełach adwentystów, potem odżyło z powodzeniem na łamach walczącej „Strażnicy” niestrudzonych Świadków Jehowy, a dziś pałeczkę przejęli... Nie, nie będę reklamował tak chodliwych dzieł: trzeba, czytelniku, przekonać się samemu. Kto wie, może nawet w jakiejś „Księgarni chrześcijańskiej”? Jak nazwać takich przedziwnych interpretatorów historii Kościoła? Trudno powstrzymać się przed określeniem: „rozkosznie nieświadomi”. Dlaczego „nieświadomi”? Otóż zapisują setki stron mrożącymi krew w żyłach opisami niegodziwości katolików: a to stos, a to morderstwo, a to zniewolenie całych krajów. Nie zdają sobie sprawy, że jeśli nie powstają takie same dzieła o historii „biblijnych chrześcijan”, to nie dlatego, że nie ma stosownego materiału historycznego, tylko dlatego, że nikt nie będzie się zniżał do takiego poziomu polemik. Zostawia się to nawiedzonym wizjonerom. To tylko dlatego nikt nie będzie rozpisywał się na stu stronach, co stało się w Münster w XVI wieku, kiedy rządzili tam anabaptyści. Nikt nie będzie upajał się obliczaniem, ile milionów Indian północnoamerykańskich pożegnało się z życiem w kolejnym wieku po zdominowaniu tego kontynentu przez chrześcijan, bynajmniej nie katolickich. Nikt nie będzie zapisywał dziesiątek stron informacjami, jakiego wyznania byli mieszkańcy niemieckich landów, które wybrały Hitlera w wolnych wyborach. Ani członkowie jakich Kościołów ewangelicznych do lat sześćdziesiątych XX wieku podtrzymali segregację rasową w USA i do lat osiemdziesiątych w Republice Południowej Afryki. Nikt nie będzie tego robić, nie dlatego, że nie znalazłaby się odpowiednia ilość historycznych „haków”, tylko dlatego, że metoda polemiczna Wielkiego Boju jest żenująca dla człowieka na poziomie, który ma choć elementarne wiadomości z historii chrześcijaństwa. I tu pojawia się problem drugi. Autorzy sądów w rodzaju „historia świadczy, że Kościół katolicki jest odstępczy” są rozkoszni w swej nieświadomości, że w tym sensie historia żadnego wyznania i żadnego nurtu chrześcijaństwa nie jest specjalnie chwalebna i jeśli przyjrzeć się dokładnie, to każda chrześcijańska wspólnota wyznaniowa jest odstępcza: odstąpiła od przykazania miłości! Im dłużej jakieś wyznanie trwa w historii, tym oczywiście więcej grzechów uzbierało na koncie. Jeśli natomiast ma historię trwająca tylko kilku wieków lub zaledwie lat kilkadziesiąt, to oczywiście negatywne konto w Bożej Księdze będzie krótsze, ale naprawdę średnia statystyczna jest ta sama. Średnia liczba grzechów przypadająca na statystyczny tysiąc wyznawców dowolnego wyznania chrześcijan w danym stuleciu jest, niestety, stała. Aby o tym wiedzieć, trzeba tylko przeczytać coś poza „Strażnicą” (może jakiś podręcznik historii?) Nie wystarczą tylko propagandowe broszury bojowe tego czy innego walczącego wyznania. Smętnego rezultatu Bożego eksperymentu z ludźmi należało się zresztą spodziewać i Bóg spodziewał się tego od początku: ludzie są grzeszni, chrześcijanie też są grzeszni, i to zarówno katolicy, jak i niekatolicy pospołu. Otóż, gdyby ci niechętni Kościołowi katolickiemu autorzy mieli rację (podkreślam gdyby! ponieważ oczywiście jest to wszystko wielki nonsens), to im bardziej udowadnialiby, że Kościół katolicki stracił prawo do nazywania się „chrześcijańskim” z powodu listy popełnionych w historii grzechów, tym bardziej podcinaliby gałąź, na której sami siedzą. Ich własne wyznanie, zapewne we własnych oczach bardzo biblijne, gdyby zostało ocenione mało wyrozumiałym okiem z zewnątrz, wyglądałoby, niestety, tak samo jak Kościół katolicki: odstępcze, gdyż popełniło mnóstwo błędów, grzechów, wypaczeń, okrucieństw i przyniosło mnóstwo krzywd wielkiej liczbie ludzi. Gdyby ci zajadli krytycy mieli rację co do katolików, racja ta jak miecz obosieczny spadłaby wyrokiem skazującym także na nich samych i na całe chrześcijaństwo! I okazałoby się, że „historia świadczy, że chrześcijaństwo jest odstępcze”. Nieświadomy realiów taki prostoduszny człowiek przygotowuje jeden paszkwil za drugim udowadniający, że Kościół katolicki wyraźnie się Bogu nie udał. Podobne jest to do 14
  15. 15. zabawy dziecka odkręcającego nakrętki na torze, a potem dziwiącego się, że pociąg się wykoleił. Krytycy chrześcijaństwa, którzy patrzą na to z boku, dobrze wiedzą, że okropności popełnione przez katolików tylko dlatego są większe niż niegodziwości popełnione przez prezbiterianów, baptystów, zielonoświątkowców lub „wolnych chrześcijan”, że katolicy mieli na to dwadzieścia wieków, a inni odpowiednio mniej. Postronni obserwatorzy dochodzą więc do wniosku: jeśli katolicyzm niegodny jest imienia Kościoła Jezusa Chrystusa z powodu swoich grzechów i błędów, to wszyscy inni chrześcijanie oczywiście też. Na szczęście, wszystko to tylko zdania warunkowe: „gdyby”, „jeżeli”. Na szczęście, wszystko to nonsensowny wytwór zaślepionych umysłów. Na szczęście Biblia uczy nas, że „dary łaski i wezwania Boże są nieodwołalne” (Rz 11, 29). „A jeśli synowie jego porzucą moje prawo, jeżeli naruszą moje ustawy i nie będą pełnili moich rozkazów, ukarzę rózgą ich przewinienia, a winę ich biczami; lecz nie odejmę mu łaski mojej i nie zawiodę w mojej wierności. Nie zbeszczeszczę mojego przymierza ani nie zmienię słowa ust moich. Raz przysiągłem na moją świętość: na pewno nie skłamię Dawidowi” (Ps 89, 3136). Dobrze, że Bóg jest miłosierny dla wszystkich. On jest dobry i dla katolików, i dla tych, którzy katolików nie lubią. Dla Boga, który patrzy na to z góry, cała sprawa musi wyglądać na kłótnię dwóch umorusanych swoimi grzechami biedaków, z których jeden patrzy pogardliwie na drugiego i woła: „ty nędzny, umorusany w grzechach biedaku!” Pasterze w Kościele: Ustanowił Bóg apostołów Ogłoszono Słowo Boże. Ludzie uwierzyli. Pan zaczyna ich gromadzić na wspólnej modlitwie. Duch Święty prowadzi ich do ewangelizacji, do kolejnych dzieł rozszerzania Dobrej Nowiny. Kto ma przewodzić takiej wspólnocie? Komu ma ona być posłuszna? Jakie polecenia w tej kwestii zostawia nam Pismo św.? Czy Biblia każe, aby lud sam sobie ustanowił pasterzy i sam nadał im władzę? Czy to wspólnota wybiera sobie tych, którzy potem już tylko przed Bogiem są odpowiedzialni? a. Ustanawianie pasterzy Pierwszym, Najwyższym i – ściśle mówiąc – jedynym Pasterzem Kościoła jest oczywiście tylko Jezus Chrystus. To On jest nazwany „Wielkim Pasterzem owiec” (Hbr 13, 20). Pismo św. uczy jednak, że są tacy ludzie, którzy z polecenia Jezusa będą pełnić rolę pasterzy w Kościele. To o nich Chrystus powiedział: „jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam” (J 20, 21). Wielki Pasterz owiec, posłany przez Ojca, sam posyła pasterzy dla dobra Kościoła. Pierwszych pasterzy ustanowił Jezus – byli to Apostołowie. Ale skąd brali się pasterze później? Biblia pokazuje nam, że w Kościele pasterze ustanawiani byli przez Apostołów. Na przykład w Dziejach Apostolskich czytamy, że Paweł i Barnaba odwiedzając wspólnoty „w każdym Kościele wśród modlitw i postów ustanowili im starszych” (Dz 14, 23). Warto zauważyć, że „starsi” (prezbiterzy) nie byli wybrani przez wspólnotę, ale zostali jej dani „odgórnie”. Dlatego czytamy w Dziejach Apostolskich: „ustanowili im starszych”. Jest i takie miejsce w Nowym Testamencie, gdzie czytamy o wyborach związanych z ustanowieniem posługujących w Kościele. Jest to opis wyboru kandydatów na diakonów w Dziejach Apostolskich (Dz 6, 3-6). Po pierwsze jednak, diakoni nie byli pasterzami ludu, gdyż jedynie „obsługiwali stoły”, a po drugie – sam wybór nie sprawiał, że ktoś 15
  16. 16. stawał się diakonem. Na mocy woli wspólnoty stał się on tylko kandydatem na ten urząd: „Wybrali Szczepana, męża pełnego wiary i Ducha Świętego, Filipa, Prochora, Nikanora, Tymona, Parmenasa i Mikołaja”. Faktyczne ustanowienie nowych diakonów miało miejsce dopiero przez posługę Apostołów: „Przedstawili ich Apostołom, którzy modląc się włożyli na nich ręce” (Dz 6, 6). b. Porządek autorytetu kościelnego Tak ustanowieni starsi podlegali kontroli i poleceniom tych, którzy ich ustanowili. Na przykład Paweł „z Miletu posłał do Efezu i wezwał starszych Kościoła” (Dz 20, 17) po to, by ich pouczyć, przekazać im polecenia i skorygować ich postawę. Po Apostołach rolę nadzoru i kierowania prezbiterami przejęli biskupi. O Tymoteuszu czytamy, że w skrajnych przypadkach mógł osądzać i rozliczać prezbiterów, jeśli ci zasłużyliby na naganę: „Przeciwko prezbiterowi nie przyjmuj oskarżenia, chyba że na podstawie dwu albo trzech świadków. Trwających w grzechu upominaj w obecności wszystkich, żeby także i pozostali przejmowali się lękiem” (1 Tm 5, 19-20). Zresztą także biskupi – a nawet Apostołowie! – podlegali posłuszeństwu wobec kościelnego autorytetu. Nawet Apostoł Paweł, który przecież w danym mu widzeniu od samego Jezusa otrzymał polecenie głoszenia Ewangelii, nie opierał się na swoim własnym doświadczeniu jako na ostatecznej podstawie. Wiedział, że on sam też powinien poddać się autorytetowi tych, których Jezus ustanowił w tym celu w Kościele. Po wielu latach ewangelizacyjnej działalności Paweł pisze: „przedstawiłem Ewangelię, którą głoszę wśród pogan […] osobno tym, którzy się cieszą powagą, by stwierdzili, czy nie biegnę lub nie biegłem na próżno” (Ga 2, 2). Ludźmi, którzy na mocy autorytetu Jezusa mieli dokonać tej oceny, byli „Jakub, Kefas i Jan, uważani za filary” (Ga 2, 9). Paweł poddał się ich ocenie i był gotów przyjąć ich krytykę. To od nich chciał się dowiedzieć, czy „nie biegł na próżno”. Dlaczego tak postępował Paweł, a nie uważał się za najwyższy i jedyny autorytet w sprawach wiary? Dlaczego nie mówił: „mam dar rozeznania duchowego, miałem widzenie i objawienie, więc chyba sam sobie wystarczę jako kryterium prawdy”? Paweł pewnie znał Ewangelię, z której można się dowiedzieć, że Chrystus rzekł Piotrowi: „Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie” (Mt 16, 18-19). Piotr w naszych czasach: Papież – zamiast Chrystusa? Pośród krytykowanych często elementów wiary katolickiej nie może oczywiście zabraknąć roli papieża w Kościele. Temat jest o tyle wdzięczny dla krytyków, że historia zachowała pamięć o pewnej liczbie papieży, którzy niechlubnie pod względem moralnym zapisali się w dziejach Kościoła. Niektóre z pseudobiblijnych zarzutów przeciw obecności papieży w Kościele Jezusa Chrystusa bywają na pograniczu groteski. Spotykamy na przykład takie argumenty: „Piotr nie mógł być pierwszym papieżem, ponieważ: 1) był żonaty; 2) nie pozwalał, aby mu się kłaniano; 3) nie nosił korony”. Albo: „Paweł napisał 100 rozdziałów o 2 325 wersetach, a Piotr tylko 8 rozdziałów o 166 wersetach” – z czego ma wynikać wyższość Pawła nad Piotrem (nawiasem mówiąc, Jezus Chrystus w ogóle żadnego rozdziału nie napisał: czy wynika z tego cokolwiek w kwestii Jego znaczenia?) Argumenty tego rodzaju najstosowniej jest pokryć wyrozumiałym milczeniem. Inne zarzuty natomiast domagają się poważniejszej odpowiedzi na podstawie Słowa Bożego. Trudno ukryć, że katolikom też jest potrzebna dokładniejsza znajomość biblijnych fundamentów ich własnej wiary odnośnie roli papieży w Kościele. 16
  17. 17. a. Olśniewająca wspaniałość Watykanu? Wielu ludzi przybywających do Rzymu zachwyca wspaniałość watykańskich budowli, a szczególnie Bazyliki św. Piotra na Watykanie. Najbardziej olśniewającym elementem Watykanu nie są jednak wspaniałe mozaiki tej imponującej konstrukcji ani też wyniosła kopuła. Najważniejsza jest podstawa, na której się wspiera wszystko to, co przyciąga turystów. Dla oczu ludzi tego świata podstawa ta może wydawać się nadzwyczaj skromna. Chodzi mianowicie o… kilka biblijnych wersetów. Ich treść – wypisana wielkimi, złocistymi literami – opasuje wokół wnętrze całej watykańskiej bazyliki. Są to wersety, w których Jezus Chrystus mówi o Piotrze. Przez całe wieki katolickiej wiary uważano, że jeśli chcemy zrozumieć, kim jest papież, biskup Rzymu, to musimy czytać z wiarą Biblię. Musimy wierzyć w to, co powiedział Jezus: „Niebo i ziemia przeminą, ale Moje słowa nie przeminą” (Mt 24, 35). My wierzymy, że biblijne wersety wypisane na mozaikach wokół bazyliki papieskiej na Watykanie są jej najważniejszą częścią. Co więcej: są jedynym elementem tej budowli, który nie przeminie. Jedynym, który ostoi się na wieki, także wtedy, gdy niebo i ziemia (wraz z bazylikami i mozaikami!) przeminą. Wspaniałe jest watykańskie wzgórze, ale najwspanialszą jego częścią są wersety Słowa Bożego we wnętrzu słynnej bazyliki. Przypatrzmy się tym wersetom: co mówią one o Piotrze i o papieżach? b. Nadanie imienia „Piotr” Aby zrozumieć biblijne teksty opisujące nadanie nowego imienia temu, który uprzednio nazywał się Szymonem, synem Jony, musimy nabrać nieco biblijnego ducha. Musimy wczuć się w duchową atmosferę Izraelitów i w ich głębokie przekonanie, że zmiana imienia pociąga za sobą obdarzenie człowieka nową misją, zaplanowaną specjalnie dla niego przez Boga. A oto przykład pochodzący ze Starego Testamentu, który zilustruje nam to przekonanie. Kiedy Bóg przekazywał Abramowi powołanie na ojca wiary, zmienił mu imię. Powiedział mu: „Imię twoje będzie Abraham, bo uczynię ciebie ojcem mnóstwa narodów” (Rdz 17, 5). W takim samym sensie trzeba też rozumieć inne słowa, wypowiedziane przez Jezusa Chrystusa kilkanaście wieków później, i zawarte w tej samej księdze Biblii: „Błogosławiony jesteś Szymonie, synu Jony. Albowiem ciało i krew nie objawiły ci tego, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą” (Mt 16, 17-18). Nowe imię oznacza przekazanie w ten sposób nowej funkcji i nowego powołania. Jak dla Abrahama miało to być powołanie na ojca wiary, tak dla Szymona – powołanie do bycia oparciem dla Kościoła. W sposób zrozumiały dla Apostołów – nie tylko znających Pismo, ale po prostu myślących biblijnie – Jezus jakby mówił: „Twoje imię będzie Piotr (Petros, po grecku: «Skała»), bo uczynię cię skałą dla wiary chrześcijańskiej”. Nadanie nowego imienia oznacza więc nowe posłannictwo – bycia wsparciem dla Kościoła. Jak brzmiało dokładnie to nowe imię? Jakkolwiek może nas to zdziwić, to odpowiedź „Piotr” nie jest właściwa! Imię nadane przez Jezusa Szymonowi brzmiało oryginalnie „Kefas”. Wiemy to z najstarszych przekazów Nowego Testamentu. Kefa jest to słowo aramejskie i oznacza „skałę”. Przerobione na imię przez Greków brzmiało „Kefas”. Apostoł Paweł używał często tego oryginalnego brzmienia w swoich relacjach o Piotrze: pisał na przykład „Jakub, Kefas i Jan, uważani [są] za filary” (Ga 2, 9); albo – „Kefas przybył do Antiochii…” (Ga 2, 11); lub – „każdy z was mówi: «Ja jestem Pawła, a ja Apollosa; ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa»” (1 Kor 1, 12). Aramejskie pochodzenie imienia Kefas jest szczególnie ważne wobec zdarzających się czasem zarzutów ludzi niechętnych katolikom, którzy twierdzą, że Pan Jezus rozróżniał „skałę” (petra) od „kamienia” (petros). Wywodzą oni, że sens słów Ewangelii jest taki: „Ty, Piotrze, jesteś tylko niewielkim kamieniem (Petros), w porównaniu z wielką Skałą (Petra), jaką jest Chrystus”. Dyskusje te jednak stają się bezprzedmiotowe, jeśli 17
  18. 18. pamiętamy, że Ewangelia według św. Mateusza podając po grecku słowa Jezusa, przytacza nam ich tłumaczenie. Pan Jezus przecież nie mówił do Apostołów po grecku, ale po aramejsku. A po aramejsku nowe imię Szymona nie brzmi ani Petros, ani Petra, tylko Kefas, co pochodzi od słowa Kefa. Kefa zaś znaczy po prostu „skała”. Skąd więc wzięło się imię Piotr? Wyjaśnia to bardzo wyraźnie Ewangelia św. Jana: „Jezus, wejrzawszy na [Szymona] rzekł do niego: «Ty jesteś Szymon, syn Jana, ty będziesz nazywał się Kefas» – to znaczy: Piotr” (J 1, 42). Sformułowanie „to znaczy Piotr” jest dodatkiem Ewangelisty Jana, wyjaśniającym dla greckiego czytelnika Ewangelii, co oznacza aramejskie słowo Kefas. Wyjaśnienie jest potrzebne – jak widać – czytelnikom Biblii, aby każdy wiedział, że imię Apostoła brzmi: „Skała”. Sam Jezus wyjaśnił, choć nieco później, po co dokonał tej zmiany imienia: „Na tej skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą” (Mt 16, 17-18). Jeśli niektórym ludziom dzisiaj ta zmiana imienia wydaje się dziwna, to możemy być pewni, że o wiele bardziej dziwna musiała wydawać się samym uczniom Jezusa! W Starym Testamencie „Skałą” nazywany jest przecież często sam Bóg, „Skała naszego zbawienia” (Ps 95, 1). Ale Nowy Testament częściej używa takich zaskakujących zestawień, szokujących czytelnika. Oto na przykład raz „fundamentem” naszej wiary jest nazwany Jezus: „fundamentu bowiem nikt nie może położyć innego, jak ten, który jest położony, a którym jest Jezus Chrystus” (1 Kor 3, 11) – a na innym miejscu „fundamentem” są nazwani powołani przez Boga ludzie: zbudowani jesteśmy „na fundamencie apostołów i proroków” (Ef 2, 20). Podobnie, chociaż fundamentem Kościoła jest Jezus Chrystus, to jednak „mur Miasta ma dwanaście warstw fundamentu, a na nich dwanaście imion dwunastu Apostołów Baranka” (Ap 21, 14). Jeżeli w Biblii „fundamentem” jest nazywany raz sam Jezus Chrystus, a raz – Apostołowie, to tak samo nie może nas dziwić, że „Skałą” niekiedy jest nazywany Bóg Jahwe, a niekiedy – Piotr. Gdyż oczywiście słowa te są używane w zupełnie różnym znaczeniu. Bóg jest fundamentem lub skałą sam z siebie. Może natomiast udzielić ludziom mocy, jeśli zechce, i uczynić ich fundamentem albo skałą dla zaplanowanych przez Bożą Mądrość planów zbawienia. Bóg może wszystko. c. Nadanie kluczy Królestwa Biblia przekazuje nam słowa Jezusa Chrystusa skierowane do Piotra w chwili nadania mu nowego imienia: „Tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie” (Mt 16, 19). Obietnica dana Piotrowi w zaskakujący sposób zostaje zresztą rozszerzona nieco później na innych Apostołów: „Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie” (Mt 18, 18). Jak to zrozumieć? Komu została dana ta obietnica? Jednemu Piotrowi czy grupie wszystkich uczniów? Tajemnica wyjaśni się nieco, jeśli Biblię będziemy czytać wraz z wierzącym Kościołem. Słowa z Ewangelii św. Mateusza rozumiano tradycyjnie w taki sposób: oto władzę wiązania i rozwiązywania mają Apostołowie, gdy są w jedności z przewodniczącym ich zespołu, z Piotrem. Podobnie jest z biskupami (następcami Apostołów), jeśli są zjednoczeni z papieżem (następcą Piotra). W starożytności rozumiano tę władzę zwykle jako dar odpuszczania grzechów w sakramencie pokuty. Chrześcijanin związany swoimi winami mógł usłyszeć od Apostoła, a później od biskupa: „jesteś rozwiązany, jesteś wolny od swoich win” (nazywamy to dziś rozgrzeszeniem). d. Nadanie misji pasterza trzody Kolejny tekst skierowany w Biblii do Piotra brzmi następująco: „Rzekł Jezus do Szymona Piotra: «Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?». Odpowiedział Mu: «Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham». Rzekł do niego: «Paś baranki moje!»” (J 21, 15). Jezus powtarza jeszcze raz te swoje słowa, a potem znowu, tak że w sumie brzmią one trzykrotnie. Dlaczego? Najprawdopodobniej Chrystus chciał 18
  19. 19. przypomnieć niedawne trzykrotne zaparcie się Piotra. Czemu więc w takich dramatycznych okolicznościach został udzielony dar pasterzowania całą trzodą, przy wspomnieniu grzechu i upadku Apostoła? Aby papieże nigdy nie zapomnieli, że są tylko grzesznymi ludźmi i że z ludu wezwani, dla ludu zostali ustanowieni. e. Nadanie misji wspierania wiary Kościoła Ważne są jeszcze i te słowa, zawarte w kolejnych biblijnych słowach skierowanym do Piotra przez Jezusa: „Szymonie, Szymonie, oto szatan domagał się, żeby was przesiać jak pszenicę, ale Ja prosiłem za tobą, żeby nie ustała twoja wiara. Ty ze swej strony utwierdzaj twoich braci” (Łk 22, 31). Jezus obiecuje więc Piotrowi stałość wiary. Obietnica ta nie opiera się na nadzwyczajnych zaletach intelektu tego Apostoła ani nie na mocy jego osobistej wiary. Oparta została na prośbie Jezusa skierowanej do Ojca. Jezus prosi Ojca, aby wiara Piotra nie ustała. Nasza wiara w rolę papieży w Kościele ma więc – oczywiście – takie oparcie: jest nim prośba samego Jezusa skierowana bezpośrednio do Boga Ojca. Wiara Kościoła w owocność posługi Piotrowej, posługi papieskiej w Kościele nie wiąże się z nadzwyczajnymi cechami ludzi, którzy tę posługę sprawują, ale z nadzwyczajnymi cechami Ducha Świętego, którego moc nam to wszystko zapewnia. Moc Ducha sprawia, że Kościół może wierzyć Bogu z nieomylną pewnością. Sobór Watykański I z 1870 roku tak ujął wiarę Kościoła w przysługujący mu dar nieomylności. Najpierw, jako cały Kościół, my wszyscy, cały wierzący lud jesteśmy adresatami obietnic Bożych uroczyście złożonych w Biblii: „Duch mój, który jest nad tobą, i słowa moje, które włożyłem ci w usta, nie zejdą z twych własnych ust odtąd i na zawsze” (Iz 59, 21). Sobór jest pewny, że Kościół jest nieomylny w sprawach wiary, gdyż ma nieomylne Słowo Boże i nieomylnego Ducha Świętego, który przecież mieszka w Kościele. Dalej, mówi Sobór, „Bóg założył Kościół przez swojego Syna, aby Kościół mógł być poznany jako stróż i nauczyciel objawionego Słowa”. A jeśli pojawiają się jakieś trudności w sprawie zrozumienia pewnych niejasnych miejsc w Piśmie, to „w sprawach wiary i moralności […] należy uważać za prawdziwe to znaczenie Pisma świętego, które […] Kościół uważał i obecnie uważa za prawdziwe”. Dopiero w tym kontekście pojawia się wiara Kościoła, że „papież rzymski określający doktryny dotyczące wiary i moralności ex cathedra […] posiada tę nieomylność, której Boży Zbawiciel pragnął dla swojego Kościoła”. Następca Piotra realizuje więc biblijną zapowiedź: „Ty ze swej strony utwierdzaj twoich braci” (Łk 22, 31). f. Znak Piotra jest dla Kościoła znakiem mocy Bożej, ale też i ludzkiej słabości Ustanowienie roli Piotra i papieskiej posługi Piotrowej nie oznacza, że wprowadzono do Kościoła nowy rodzaj człowieka, niepodobnego do wszystkich innych chrześcijan, na kształt starożytnego herosa. Widać to bardzo wyraźnie w dwóch momentach biblijnych przekazów o ustanowieniu Piotra jako przewodniczącego wspólnoty Apostołów. – Po zmianie swojego imienia i po otrzymaniu zapowiedzi władzy kluczy Piotr najwyraźniej wpada w zarozumiałość. Zaczyna myśleć, że skoro stał się obiektem tak zawrotnej obietnicy („na tej skale zbuduję mój Kościół”), to może pokierować historią zbawienia na swój własny sposób. Zaczyna mniemać, że Bóg dostosuje swój plan do przemyślnego, choć tylko ludzkiego planu Piotra. To dlatego słysząc o rychłej „klęsce Jezusa” gdy „Jezus zaczął wskazywać, że musi wiele cierpieć” (Mt 16, 21) Piotr postanowił wziąć sprawy zbawienia świata w swoje własne ręce. „Wziął Go na bok i począł robić Mu wyrzuty: «Panie, niech Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie!»” (Mt 16, 22). Reakcja Jezusa była natychmiastowa: „Zejdź mi z oczu, szatanie! Jesteś mi zawadą, bo nie myślisz na sposób Boży, lecz na ludzki” (Mt 16, 23). Wniosek z tego prosty: im mniej Piotr działa według swoich ludzkich planów, tym lepiej. Jest powołany 19
  20. 20. do odczytywania i wcielania w życie doskonałego planu, jaki Bóg ma dla każdego człowieka i dla całego świata. Jak pięknie ujął to wspomniany już Sobór Watykański I w XIX wieku: „Papieże rzymscy ogłaszali jako naukę obowiązującą to, co z Bożą pomocą rozpoznali jako zgodne z Pismem świętym i z apostolską Tradycją. Następcom Piotra został obiecany Duch Święty nie po to, aby z Jego natchnienia nowe nauki ogłaszali, ale ich zadaniem jest raczej z pomocą Ducha Świętego sumiennie strzec i wiernie wyjaśniać Objawienie przekazane przez Apostołów, czyli zawierzone im prawdy wiary”. Zadaniem papieża jest strzeżenie poprawnego rozumienia słów Biblii, tak jak je Kościół rozumiał przez dwadzieścia wieków. – Drugi moment przypominający ludzką słabość Piotra jest podobny. Po obietnicy Jezusa skierowanej do Piotra: „Ja prosiłem za tobą, aby nie ustała twoja wiara” (Łk 22, 32), Apostoł popada znowu w zarozumiałość. Myśli, że skoro obiecano mu tak wiele, to może sam proponować siebie Bogu jako niezawodne oparcie: „Panie, z Tobą jestem gotów iść nawet do więzienia i na śmierć” (Łk 22, 33). Jest to głos człowieka polegającego na sobie samym i myślącego, że Bóg też może na nim polegać. Tymczasem jednak niezawodność Piotra jest mu udzielona jako darmowy dar łaski, i trzeba mu to ciągle przypominać! Dlatego Jezus uświadamia Piotrowi, jakie są realia jego posługi w Kościele: „Powiadam ci, Piotrze, nie zapieje dziś kogut, a ty trzy razy wyprzesz się tego, że Mnie znasz” (Łk 22 34). Po przypomnieniu ludzkiej słabości Piotra, tak dokładnie opisanej w Ewangeliach, może się pojawić pewna wątpliwość. Jak ma się to wszystko do używanego niekiedy tytułu papieży Vicarius Christi – „Zastępca Chrystusa”? A przede wszystkim: czy Chrystus w ogóle potrzebuje zastępców? Przecież powiedział wyraźnie: „Oto jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28, 20). Jest to nawet Jego „testament”, ostatnie słowa na ziemi, jakie zanotowała Ewangelia według św. Mateusza. Jeśli jest z nami osobiście Chrystus, to po co nam Jego zastępcy? Nie można na pewno zastąpić Jezusa w Jego obecności – i każdy wierzący ma prawo do spotkania z Jego żywą obecnością całkiem bezpośrednio, tak jak osoba spotyka osobę, twarzą w twarz: „wszyscy z odsłoniętą twarzą wpatrujemy się w jasność Pańską” (2 Kor 3, 18). Ale Zbawiciel potrzebuje zastępstwa w najróżniejszych przejawach swojej działalności i dlatego wierzący człowiek może Go „zastąpić”, to znaczy może działać w Jego imieniu. Na przykład, kiedyś sam Jezus osobiście wypowiadał słowa wzywające do nawrócenia: „Nawracajcie się” (Mk 1, 15). Ale potem zlecił to swoim „zastępcom”, przez których działa: „W imieniu Chrystusa spełniamy posłannictwo jakby Boga samego, który przez nas udziela napomnień. W imię Chrystusa prosimy: pojednajcie się z Bogiem” (2 Kor 5, 20). Kiedyś sam Zbawiciel osobiście uzdrawiał. A teraz może to czynić przez swojego „zastępcę”, który będzie uzdrawiał w Jego imię: „Nie mam srebra ani złota, ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź!” (Dz 3, 6). Podobnie, kiedyś sam Jezus pasterzował swoim uczniom, prowadząc ich do Jerozolimy, udzielając napomnień i wskazówek. W sensie duchowym jest tak dalej: nazwany jest przecież „Wielkim Pasterzem owiec” (Hbr 13, 20) i „Najwyższym Pasterzem” (1 P 5, 4). Istnieją jednak oprócz Niego także i inni pasterze, którzy „zastępują Go”, pasąc owczarnię Jezusa: „paście stado Boże, które jest przy was” (1 P 5, 2). Jezus podzielił się swoim pasterzowaniem, wyznaczając w ten sposób swoich „zastępców”. Mówi przecież: „Paś baranki moje” (J 21, 15). Dlatego można mówić o tym, że Kościół „zastępuje” Jezusa na ziemi, a w Kościele w sposób szczególny zastępuje Chrystusa Piotr. Po Piotrze zaś – ci, którzy obejmują „posługę Piotrową”, czyli zostają wybrani na biskupów Rzymu, na następców św. Piotra. Do wielu ludzi Jezus mówi: „paście stado Boże”, ale tylko do jednego w liczbie pojedynczej: „paś baranki moje”. Podobnie do wielu powiedział: „cokolwiek rozwiążecie, będzie rozwiązane”, ale te same słowa w sensie szczególnym wypowiedział do jednego, do Piotra. Władza posługiwania w imieniu Chrystusa należy do Kościoła, a pełne trwanie w Kościele katolickim oznacza też jedność z wiarą Piotra i z posługiwaniem Piotra. 20
  21. 21. Warto tu jeszcze wspomnieć o spotykanym często tytule papieskim „Ojciec Święty”. Niektórzy bardzo gwałtownie atakują ten zwyczaj, przypominając, że przecież Jezus powiedział: „Nikogo na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie” (Mt 23, 9). Pamiętając, że papieski tytuł „Ojciec Święty” jest tylko zwyczajowy i żadną miarą nie wchodzi w skład wiary Kościoła, że jeśli komuś nie odpowiada, to oczywiście nie musi go używać, warto jednak uświadomić sobie, że sama Biblia wspomniany zakaz Jezusa traktuje dość swobodnie i wcale nie rygorystycznie. Oto w Liście do Rzymian czytamy: „Abraham: on to jest ojcem nas wszystkich” (Rz 4, 16). Wróćmy jednak do sedna sprawy. Pismo św. jasno przedstawia nam konsekwencje roli Piotra w Kościele apostolskim. Apostołowie w oczywisty sposób traktowali Piotra jako swojego przedstawiciela: Piotr najczęściej odpowiada na pytania Chrystusa, kierowane do wszystkich (np. Mt 16, 15); on w imieniu Apostołów zwraca się do Chrystusa, gdy mają jakieś wątpliwości (np. Mt 15, 15); on przez św. Jana Ewangelistę jest wymieniany z imienia, choć inni uczniowie występują anonimowo (J 18, 15); spisy Apostołów wymieniają go na pierwszym miejscu (Mt 10, 2-4; Mk 3, 16-19; Łk 6, 13-16); autorzy Nowego Testamentu po imieniu Jezusa najczęściej wymieniają imię Piotra (około 150 razy). Nie może więc dziwić nikogo fakt, że po Wniebowstąpieniu Chrystusa, św. Piotr przewodził młodemu Kościołowi, co ukazują Dzieje Apostolskie: jego pierwszego wymienia spis Apostołów (1, 13); on decyduje o wyborze dwunastego Apostoła (1, 1522); w imieniu Kościoła Piotr przemawia w dzień Pięćdziesiątnicy (2, 14; 3, 12); on nadzoruje zwyczaje pierwotnego Kościoła (5, 3-9); broni wspólnoty przed Sanhedrynem (4, 8); on kieruje pierwszym Soborem Jerozolimskim (15, 7); do niego kieruje swe kroki św. Paweł po nawróceniu (Ga 1, 18). Podsumowując: można precyzyjnie określić, co da się o Piotrze wyczytać z Biblii. Pominąwszy oczywiste różnice kulturowe i cywilizacyjne, jasne jest, że papież pełni dziś w Kościele podobną rolę, jaką pełnił Piotr w pierwszej wspólnocie. Życie zakonne: Biblijny sposób na życie! – Porzuciłem Kościół katolicki i wstąpiłem do nowej wspólnoty. Jest tam naprawdę wspaniale. Ci ludzie starają się żyć jak pierwsi chrześcijanie, i kierują się w swoim życiu i w swojej wierze tylko Biblią. Chcą być święci i doskonali dokładnie tak, jak uczy tego Pismo św. Oni naprawdę radykalnie poszli za Jezusem – to cytat z pewnej entuzjastycznej wypowiedzi, którą kiedyś miałem okazję usłyszeć. – Doprawdy? – zapytałem – zapewne więc sprzedają swoje majątki i dobra i rozdzielają je każdemu według potrzeby (Dz 2, 45)? Zapewne żaden z nich nie nazywa swoim tego, co posiada, ale wszystko mają wspólne (Dz 4, 44)? Zapewne sporo u nich bezżennych mężczyzn, którzy troszczą się o sprawy Pana (1 Kor 7, 32), którzy nie szukają żony (1 Kor 7, 27), i sporo też podobnie żyjących kobiet, które z tego samego powodu nigdy nie wyszły za mąż (1 Kor 7, 34)? A jeśli chcą być doskonali lub zauważą, że jeszcze nie dość radykalnie poszli za Jezusem, to idą sprzedać wszystko, co mają, i rozdają ubogim, a dopiero potem idą za Chrystusem (Mt 19, 21)? – Ach, nie – usłyszałem w odpowiedzi – te fragmenty Biblii to nie… one są chyba zresztą już nieaktualne. Ci ludzie żyją duchem Nowego Testamentu tak… ogólnie. – Ach, tak – pomyślałem sobie – to znaczy, że głównie to oni mówią, że żyją jak pierwsi chrześcijanie. a. Oni naprawdę żyją Pismem! Oczywiście, tak robi większość chrześcijan dowolnego wyznania i każdego Kościoła. Najczęściej wszyscy po prostu mówimy, że żyjemy jak pierwsi chrześcijanie, albo że jesteśmy wierni Słowu Bożemu, a wykonanie bywa różne, często mizerne. To 21
  22. 22. akurat jest wspólne katolikom i niekatolikom, i to – niestety! – bardzo ekumenicznie łączy większość chrześcijan, z katolikami na czele. Problemem jest jednak, jeśli ktoś krytykuje rzekomo niebiblijny styl życia katolickiego i uważa, że w przeciwieństwie do niego tworzy wspólnotę kierującą się tylko i wyłącznie Biblią. Zwykle, jak widać, nie całkiem jest to prawdą. Dlatego chciałbym, abyśmy z dumą, właśnie jako katolicy odkryli, że w obrębie naszego Kościoła istnieje bardzo radykalna i odważna próba życia według Biblii, ukształtowania każdego dnia swojego życia dokładnie tak, jak zostało to napisane w Słowie Bożym. Duma ta nie ma oznaczać, że osobiście powinniśmy się wywyższać, bo zwykle nasze życie jest od tego bardzo odległe; oznacza tylko, że należymy do Kościoła, w którym Duch Święty taką odważną próbę nieustannie wzbudza. Nazywa się to życiem zakonnym, które obejmuje bezżeństwo, nieposiadanie osobistego majątku, życie we wspólnocie na co dzień i modlitwę liturgiczną. b. Najbardziej biblijny na świecie styl życia bezżeństwo „Człowiek bezżenny troszczy się o sprawy Pana, o to, jak by się przypodobać Panu, ten zaś, kto wstąpił w związek małżeński zabiega o sprawy świata, o to, jak by się przypodobać żonie […], podobnie i kobieta […] tak więc dobrze czyni, kto poślubia swoją dziewicę, a jeszcze lepiej ten, kto jej nie poślubia” (1 Kor 7, 32-34. 38). Jeśli dla kogoś troska o sprawy Pana jest pierwszą i naczelną kwestią w życiu, to wskazówkę ma nadzwyczaj jasną. Tak czytamy o kobietach rezygnujących z małżeństwa w ogóle („kobieta niezamężna i dziewica troszczy się o sprawy Pana, o to, by była święta ciałem i duchem” – 1 Kor 7, 34), tak czytamy o wdowach rezygnujących z powtórnego małżeństwa („ta, która rzeczywiście jest wdową, jako osamotniona złożyła nadzieję w Bogu i trwa w zanoszeniu próśb i modlitw we dnie i w nocy” – 1 Tm 5, 5). Można się spierać o to, czy w życiu osobistym wychodzi to na pożytek ludziom, którzy na to się odważą, czy jest to praktyczne, czy jest to modne, czy odpowiada to duchowi współczesnego świata… Natomiast nie można spierać się o jedno: że tak właśnie brzmi recepta biblijna. ubóstwo „Żaden z nich nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne” (Dz 4, 32). Nieposiadanie majątku osobistego to druga cecha tej radykalnej postaci chrześcijaństwa. I to nie tylko „duchowe ubóstwo”, które polega na tym, że dalej mam tyle, ile przedtem, a Bogu oddaję wszystko „duchowo”. Wiemy, że bardzo pożyteczne jest „duchowe” oddawanie majątku Bogu, a jeszcze bardziej godny podziwu jest zwyczaj oddawania w dziesięcinie 10% dochodu na różne potrzeby (gdyby stać nas było tylko na to, to już byłoby bardzo dobrze!) Jednak według recepty biblijnej to jeszcze nie jest to, o co chodzi: „Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a potem przyjdź i chodź za Mną” (Mt 19, 21). W wersji naprawdę radykalnej chodzi o dosłowne pozbycie się własności („sprzedanie i rozdanie”). Tak to zrozumieli Apostołowie i ich pierwsi uczniowie: „Sprzedawali swoje majątki i dobra i rozdzielali je każdemu według potrzeby” (Dz 2, 45). Tak robili właściciele pól albo domów: „sprzedawali je i przynosili pieniądze ze sprzedaży, i składali je u stóp apostołów” (Dz 4, 35). Tak samo postąpił Barnaba: „Sprzedał ziemię, którą posiadał, a pieniądze przyniósł i złożył u stóp Apostołów” (Dz 4, 37). Można się spierać o to, czy jest to praktyczne, czy się to uda, czy ludzie będą z tego powodu szczęśliwsi, czy jest to zgodne z postępem ekonomicznym i postulatem wyzwalania z nędzy… O jedno spierać się nie można: tak zostało w Piśmie Bożym spisane. 22
  23. 23. wspólnota „Ci wszyscy, co uwierzyli, przebywali razem” (Dz 2, 44); „codziennie trwali jednomyślnie w świątyni” (Dz 2, 46). Chodzi o ludzi, którzy tworzyli wspólnotę nie tylko na cotygodniowym spotkaniu albo nawet na dodatkowych dwóch jeszcze spotkaniach diakonii i animatorów, ale o codzienne i nieustanne przebywanie razem. Zapewne nie da się tego pogodzić z normalnym życiem rodzinnym, z wieloma rodzajami pracy zawodowej i z rytmem życia współczesnego społeczeństwa, a jednak – tak właśnie czytamy w tekście biblijnym. wieczerza Pańska i modlitwa psalmami „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej” (1 Kor 11, 20). Któż wierniej dostosowuje się do tej intencji Pisma św., jeśli nie członkowie zgromadzeń zakonnych? Zwykle nie zdarzy im się nawet jeden dzień bez Eucharystii – ile razy się zbiorą, tyle razy jest u nich spożywanie Wieczerzy Pańskiej. Codziennie też stosują się do apostolskich rad dotyczących modlitwy: „Napełniajcie się Duchem, przemawiając do siebie wzajemnie w psalmach i hymnach, i pieśniach pełnych ducha” (Ef 5, 18-19), a także „Słowo Chrystusa niech w was przebywa z całym swym bogactwem: z wszelką mądrością nauczajcie i napominajcie samych siebie przez psalmy, hymny, pieśni pełne ducha” (Kol 3, 16). Od pierwszych wieków istnienia chrześcijaństwa wśród mnichów i w zakonach spełnia się ten biblijny model modlitwy: „przemawiają do siebie wzajemnie” (modlący się w zgromadzeniach zakonnych są podzieleni na dwa chóry przeplatające swoje głosy), „w psalmach” (zakonny brewiarz składa się w znakomitej większości z biblijnej Księgi Psalmów), „w hymnach” (każda modlitwa brewiarzowa zaczyna się takim hymnem) i „w pieśniach pełnych ducha” (pieśni zaczerpnięte są w brewiarzu z pism proroków Starego Testamentu lub z pism Nowego Testamentu). Można krytykować tę modlitwę – jeśli się komuś ona nie podoba – za jej małe urozmaicenie albo za to, że od dwudziestu wieków jest taka sama. Nie można jej natomiast odmówić jednego: jest wiernym wypełnieniem zaleceń Biblii. c. Recepta dla wszystkich? Biblijne drogowskazy życia dla radykalnego ucznia Jezusa Chrystusa mówią o bezżeństwie, ubóstwie, przebywaniu w codziennej wspólnocie, o modlitwie Eucharystią i codziennej modlitwie psalmami. Znajdowanie się tych drogowskazów życia chrześcijańskiego w Biblii nie znaczy, że wszyscy chrześcijanie mają dokładnie tak żyć. Jest to niemożliwe, gdyż ten styl życia jest nie do pogodzenia na przykład z życiem rodzinnym. Grupa żyjąca według tych wskazówek, jak wynika z Nowego Testamentu, jest zawsze mniejszością, może nawet nieliczną, i żyje w obrębie większej wspólnoty tworzonej przez rodziny, na przykład w parafii. Jest natomiast znakiem, że mamy do czynienia z „jednym, świętym, apostolskim i powszechnym Kościołem”, gdyż udowadnia, że są tacy, którzy chcą nieodwołalnie, całe życie, aż do końca, przeżyć w wierności Biblii, według nauczań spisanego i nieomylnego Słowa Boga Żywego. Wychodząc z tego punktu widzenia można w pewnym sensie powiedzieć, że najbardziej biblijnym stylem życia jest życie zakonne. 23
  24. 24. Należeć do Kościoła: W denominacyjnej niewoli? Jeden z byłych katolików, rozczarowany poznanym przez siebie obliczem Kościoła katolickiego (nazwał go z amerykańska „denominacją”), wyznał niedawno na łamach pewnego chrześcijańskiego, choć niekatolickiego czasopisma: „Wyszliśmy z kościoła denominacyjnego i wiemy, jak bardzo niewola denominacyjna niszczy i zabiera wolność, rozwój, hamuje przepływ Ducha; widzimy dzisiaj jeszcze ludzi, którzy żyją w denominacji, jak bardzo moce ciemności wiążą ich i wstrzymują”. Owocem tej drogi stał się tak zwany „wolny Kościół”, a więc stowarzyszenie ludzi wierzących w Biblię, którzy nie czują się związani z tradycyjnymi formami chrześcijaństwa, zwłaszcza w postaci ludowej wiary. Podobnych wydarzeń było ostatnio więcej i są one dobrą okazją, aby postawić dwa pytania: cóż może znaczyć pojęcie „wolności chrześcijańskiej”? i czy katolik może uważać się za wolnego chrześcijanina? a. Chrześcijanin – wolny uczeń Jezusa Chrześcijanin ma być człowiekiem wolnym. Obdarzeni jesteśmy Duchem Świętym, a „gdzie Duch Pański – tam wolność” (2 Kor 3, 17). Istnieje jednak niebezpieczeństwo popadnięcia na nowo w niewolę. „Ku wolności wyswobodził nas Chrystus. A zatem trwajcie w niej i nie poddawajcie się na nowo pod jarzmo niewoli” (Ga 5, 1). Zawsze zdarzyć się mogą „fałszywi bracia”, którzy chcą „na nowo nas pogrążyć w niewolę” (Ga 2, 4), a mamy przecież być dziećmi Kościoła wolności: „Górne Jeruzalem cieszy się wolnością i ono jest naszą matką” (Ga 4, 26). Jak praktycznie ma wyglądać życie wolnego chrześcijanina, który chce kształtować swoją odzyskaną na nowo wolność według nauk Pisma św.? Czy ma to być radosna twórczość w stylu: „założyć Kościół każdy umie”? Przy płytkim i niebiblijnym myśleniu można by tak zrozumieć hasło wolności. Tak przecież postępują ludzie tego świata: jeśli nie mogą porozumieć się w partii lub stronnictwie – zakładają sobie nowe organizacje. Jeśli można założyć pięćdziesiąt sześć partii politycznych, to dlaczegóżby nie miało być pięćdziesięciu sześciu – albo i więcej – Kościołów? Przecież mamy demokrację! Czy mogę się swobodnie rozwijać duchowo, jeśli muszę liczyć się z kimś, kto mi nie odpowiada? Z gronem starszych pań odmawiających w parafialnym kościele różaniec?! A może nawet, o zgrozo, z proboszczem!? Pierwszy wniosek, jaki wyciąga Pismo św. z odzyskanej wolności, to jednak nie – jak można by powierzchownie przypuszczać – anarchia. Pierwszym wnioskiem jest służba. „Powołani zostaliście do wolności. Tylko nie bierzcie tej wolności jako zachęty do hołdowania ciału, wręcz przeciwnie, miłością ożywieni służcie sobie wzajemnie” (Ga 5, 13). Być wolnym po chrześcijańsku, to przede wszystkim być wolnym od egoizmu. Być na tyle wolnym, by umieć pozwolić ożywiać się miłością. Także wobec starszych osób, które modlą się inaczej, niż podoba się to nawet tak bardzo ważnej osobie, jak JA. Nawet, jeśli przez to „nie mogę swobodnie rozwijać się duchowo”. Gdyż celem chrześcijańskiej wolności nie jest przyglądanie się, jak wzrasta moje duchowe JA. Cel jest – biblijnie rzecz ujmując – całkiem, ale to całkiem inny. A nawet dokładnie przeciwny: „Jeśli jest jakieś napomnienie w Chrystusie – dopełnijcie mojej radości przez to, że będziecie mieli te same dążenia: tę samą miłość i wspólnego ducha, pragnąc tylko jednego, a niczego nie pragnąc dla niewłaściwego współzawodnictwa ani dla próżnej chwały, lecz w pokorze oceniając jedni drugich za wyżej stojących od siebie. Niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich. To dążenie niech was ożywia; ono też było w Chrystusie Jezusie” (Flp 2, 1-5). Kto wie, może rzeczywiście MÓJ nieskrępowany w żadnym aspekcie rozwój duchowy nie jest tak okropnie ważny? Może najważniejsza wolność, to uwolnienie od egoizmu własnego JA? Także od duchowego egoizmu? To jest pierwszy aspekt wolności. Trudno ukryć, że jest on po większej części zapomniany. Do tego stopnia, że dziś niektórzy nie są już w stanie zrozumieć, dlaczego ktoś na przykład potrafi wstąpić do 24
  25. 25. zakonu czy posługiwać całe życie chorym i ubogim. W niektórych rodzi to od razu podejrzenie, że ktoś taki nie wierzy w bezinteresowną dobroć Bożą i chce sobie zaskarbić względy u Boga, próbując zasłużyć sobie na łaskę zbawienia. Nie byłaby to specjalnie szczytna motywacja, ponieważ – jak wiadomo – Pismo św. uczy, że zbawieni jesteśmy z wiary, a nie z uczynków (por. Ef 2, 8-9). Nie można więc „zarobić sobie dobrymi uczynkami na zbawienie”. Ale żeby z tego powodu zaraz podejrzewać każdą siostrę zakonną czy wszystkich chrześcijan posługujących w dziełach miłosierdzia o duchowe wyrachowanie? Pewien przywódca chrześcijan krytycznie nastawionych wobec Kościoła katolickiego wołał kiedyś: „Niech Matka Teresa z Kalkuty nie myśli sobie, że swoją pracą zdobędzie zasługę zbawienia!” Stan umysłu, który takie podejrzenia rodzi, jest rzeczywistością bardzo smutną. Wydaje się, że nie dopuszcza nawet możliwości, że chrześcijanin może to wszystko robić w ogóle nie myśląc w danej chwili o swoim własnym zbawieniu. A nawet w ogóle nie myśląc o sobie! Niektórym jakby nie przychodzi do głowy, że można coś trudnego zrobić nie dla siebie, nawet nie dla własnego zbawienia, ale – z miłości. Na przykład z miłości do Jezusa Chrystusa. I to jest właśnie pierwszy stopień wolności, kiedy „miłość nie szuka swego” (1 Kor 13, 5). Po drugie, wolność oznacza, że nie jesteśmy już podlegli przepisom Prawa Starego Testamentu. „Prawo nie opiera się na wierze, lecz mówi: Kto wypełnia przepisy, dzięki nim żyć będzie. Z tego przekleństwa Prawa Chrystus nas wykupił” (Ga 3, 12-13). Jesteś uwolniony od religijnego życia polegającego na drobiazgowych przepisach, w których miałbyś pokładać ufność! Jaki pełen zachwytu dla wolności był kiedyś chrześcijański apologeta należący do Kościoła anglikańskiego, C. S. Lewis po wizycie na nabożeństwie prawosławnym. Napisał: „Jeden tam klęczał, drugi stał, a pewna staruszka modliła się leżąc nawet na podłodze! I nikt się tam niczemu nie dziwił, a nawet – co jeszcze ważniejsze – nikt niczego w ogóle nie zauważył!” b. Prawo wolności Nie oznacza to jednak, że nie podlegamy w ogóle żadnemu prawu. Żyjemy tak samo jak Apostołowie, „nie będąc wolnymi od prawa Bożego, lecz podlegając prawu Chrystusowemu” (1 Kor 9, 21). To nowe prawo nazywa się w Biblii „prawem wolności” i polega na życiu w miłości i służbie innym. „Mówcie i czyńcie tak, jak ludzie, którzy będą sądzeni na podstawie Prawa wolności. Będzie to sąd nieubłagany dla tego, który nie czynił miłosierdzia: miłosierdzie odnosi triumf nad sądem. Jaki z tego pożytek, bracia moi, skoro ktoś będzie utrzymywał, że wierzy, a nie będzie spełniał uczynków? Czy sama wiara zdoła go zbawić?” (Jk 2, 1214). Jest tu mowa o sądzie, przed którym wszyscy chrześcijanie staną po śmierci. „Wszyscy bowiem musimy stanąć przed trybunałem Chrystusa, aby każdy otrzymał zapłatę za uczynki dokonane w ciele, złe lub dobre” (2 Kor 5, 10). Biblia uczy, że może się zdarzyć, że sąd ten okaże się „nieubłagany”. To surowe słowa, nieprawdaż? Takie właśnie są – ale tylko dla ludzi surowego i oschłego serca, bo „miłosierdzie odnosi triumf nad sądem”. Nowe prawo wolności polega też na posłuszeństwie! Jak pogodzić jedno z drugim? Czy posłuszeństwo nie jest przeciwieństwem wolności? W więzieniu pewnie tak. A często też w wojsku lub w przedsiębiorstwie. Ale Kościół nie przypomina ani wojska, ani firmy, a zwłaszcza więzienia! Kościół przypomina rodzinę. A w rodzinie posłuszeństwo wraz z wolnością składają się na owocną miłość: „Bądźcie posłuszni waszym przełożonym i bądźcie im ulegli, ponieważ oni czuwają nad duszami waszymi i muszą zdać sprawę z tego. Niech to czynią z radością!” (Hbr 13, 17). Nowe prawo wolności to także trudna walka z grzechem. „Jak ludzie wolni postępujcie, nie jak ci, dla których wolność jest usprawiedliwieniem zła” (1 P 2, 16). W przeciwnym razie popada się w prawdziwą niewolę: „Wolność im głoszą, a sami są niewolnikami zepsucia. Komu bowiem kto uległ, temu też służy jako niewolnik” (2 P 2, 19). Kto uważa, że wolność chrześcijanina polega na samowoli i zachciankach, niech dowie się z Pisma św.: „Kiedy byliście niewolnikami grzechu, byliście wolni od służby sprawiedliwości. Jaki jednak pożytek mieliście wówczas z tych czynów, których teraz się 25
  26. 26. wstydzicie? […] Teraz zaś, po wyzwoleniu z grzechu i oddaniu się na służbę Bogu, jako owoc zbieracie uświęcenie” (Rz 6, 20-22). Wolność chrześcijańska to służba Boża. Wolny chrześcijanin to ten, co idzie za Jezusem. Ufa Jego Słowu i chce według niego żyć. Z tego powodu żyje w posłuszeństwie swoim kościelnym przełożonym, żyje w służbie i miłości wobec braci i sióstr, prowadzi zwycięską walkę z grzechem. Katolik jest wolnym od egoizmu uczniem Jezusa. Jego Pan wyzwolił go od niewoli troszczenia się nieustannie o swoje własne JA, o służbę temu egoistycznemu bożkowi, który każdy sam nosi we własnym wnętrzu. Wolny uczeń Jezusa swoim życiem świadczy, co to znaczy, że „miłość nie szuka swego”. c. Chrześcijaństwo ponaddenominacyjne? Ze słowem „denominacja” (tak określa się zgodnie z amerykańskim zwyczajem rozmaite wyznania chrześcijańskie) wiąże się jeszcze jedno ważne zjawisko: „chrześcijaństwo ponaddenominacyjne”, czyli ponadwyznaniowe. Zjawisko to występuje w dwóch formach. Po pierwsze więc, część „biblijnych chrześcijan” głosi tezę, że uczeń Jezusa nie powinien być w ogóle członkiem denominacji (katolickiej, prawosławnej, luterańskiej, baptystycznej, zielonoświątkowej czy jakiejkolwiek innej), gdyż wszystkie one, według nich, opierają się tylko na ludzkich ideach i interpretacjach wiary. Prawdziwe chrześcijaństwo, głoszą, ma być „ponaddenominacyjne”, czyli niezwiązane z żadnym dotychczasowym wyznaniem. Ludzie tacy nazywają się „chrześcijanami” w bardzo specjalnym znaczeniu. Mówią: „nie jestem ani katolikiem, ani baptystą, ani luteraninem: jestem za to chrześcijaninem”. Idea ponadwyznaniowego chrześcijaństwa pojawia się regularnie od wieków, zwłaszcza w amerykańskiej wersji protestantyzmu, i nieodmiennie, również od wieków, skutkuje powstawaniem dziesiątek i setek coraz to nowych wyznań. To zresztą zrozumiałe: fakt, że ktoś nazwie swoje wyznanie „organizacją ponadwyznaniową” nie sprawi, że nie będzie to wyznanie; nazwanie kolejnego Kościoła „wspólnotą ponadkościelną” nie spowoduje, że nie będzie to następny Kościół. Nowe nazwy nie zmienią starej rzeczywistości. Stosowana w latach osiemdziesiątych nazwa „masło roślinne” na określenie pewnej odmiany margaryny nie sprawiła, że nagle margaryna stała się masłem. Często tacy chrześcijanie głoszą, że jest rzeczą niewłaściwą, aby na danym terenie lub w danej miejscowości były różne wyznania chrześcijańskie. Uczą, że zgodnie z Biblią lokalna wspólnota chrześcijan ma być tylko jedna i powinna nazywać się „Kościołem lokalnym”. Nie trzeba jednak zbyt wielkiej wyobraźni, aby zgadnąć, co ma to oznaczać: wszystkie wyznania powinny zniknąć, poza jednym tylko – ich właśnie. Druga forma omawianego zjawiska to cały szereg organizacji „ponaddenominacyjnych” w innym jeszcze sensie. Oto w takich grupach, jak „Młodzież z Misją”, „Nawigatorzy”, „Ruch Nowego Życia” proponuje się wspólny cel – ewangelizację – chrześcijanom różnych wyznań. W praktyce chrześcijanie wyznania katolickiego zapraszani bywają do ekumenicznej współpracy z wiernymi pochodzącymi ze środowisk zielonoświątkowych lub baptystycznych we wspólnym dziele głoszenia Ewangelii ludziom oddalonym od Chrystusa. Jeśli uczestnicy takich form działania są solidnie zakorzenieni w swoich wyznaniowych wspólnotach, to często przynosi to bardzo dobre owoce. Dary wnoszone przez chrześcijan różnych wyznań sumują się w nową jakość, pełną mocy zwyciężania świata dla Chrystusa. Zdarza się jednak, że zakorzenienie to jest czysto zewnętrzne, a formacja proponowana w takiej organizacji w praktyce zastępuje uczestnikom poprzednie sposoby modlitwy i życia w Kościele. Łatwo domyślić się, co wtedy następuje: mamy klasyczną sytuacją chrześcijaństwa deklarującego się jako bezwyznaniowe, co oczywiście z konieczności prowadzi do utworzenia wspólnoty „wyznaniopodobnej” na bazie rzekomo ponaddenominacyjnej organizacji. Słowa nie mają magicznej mocy. Powtórzmy raz jeszcze: użycie określenia „organizacja ponadwyznaniowa” dla nazwania wspólnoty chrześcijan, która wszystkie formy modlitwy ma wspólne, która podejmuje wspólne dzieła i w praktyce nie dba o 26
  27. 27. regularne, cotygodniowe kontakty z macierzystymi Kościołami, nie zmieni faktu, że jest to nowe wyznanie, choćby nazywało się, na przykład „ponaddenominacyjną wspólnotą «Gwiazda Syjonu»”. Ludzkie słowa tylko nazywają rzeczywistość, ale nie mogą jej tworzyć. Dynamika trudnych nieraz kolei losu takich wspólnot stanie się jeszcze bardziej zrozumiała, gdy uświadomimy sobie pojęcie Kościoła, jakie wnoszą wyznawcy chrześcijaństwa uformowani w środowisku baptystycznym, metodystycznym czy zielonoświątkowym. Dla nich przejście do innego wyznania z powodu zmiany miejsca zamieszkania, osobistych upodobań czy dla towarzyszenia przyjaciołom nie jest często niczym szczególnym ani niczym specjalnie dramatycznym. Odczuwają to trochę tak, jak katolik zmianę jednej parafii katolickiej na inną z powodu przeprowadzki do sąsiedniego miasta. Postawa ta jest trudno zrozumiała dla katolików, którzy mają odmienne pojęcie wspólnoty kościelnej: Kościół katolicki widzą mianowicie na kształt rodziny Bożej. Opuszczenie rodziny odbierane jest jako bolesna zdrada powodująca zranienie na całe lata. Katolik nie wyraża w ten sposób swoich uprzedzeń ani wrogości wobec chrześcijan innych wyznań, a jedynie nazywa głośno to, w jaki sposób rozumie swój Kościół. Różnica wrażliwości jest znaczna i trzeba zdawać sobie z niej sprawę. W środowisku zdominowanym przez myślenie „wolnokościelne” katolik będzie się spotykał z radą: „Jeśli masz trudności w swoim Kościele, to zmień Kościół na taki, który ci bardziej odpowiada”. Rada ta nie będzie wypływała ze złej woli brata zielonoświątkowca lub baptysty, nawet bardzo ekumenicznie usposobionego. Po prostu wielu z nich ubiera tylko w słowa swoje pojęcie Kościoła. O tym, jakie jest to pojęcie, trzeba po prostu wiedzieć. Jest bardzo odmienne i pociąga to za sobą przy planowaniu wspólnych przedsięwzięć (pożytecznych przecież i często owocnych) potrzebę przewidywania także kłopotów i trudności. Chrześcijanie tego typu dzieląc się swoim przeżywaniem Chrystusa i Jego zbawczej łaski będą także równocześnie dzielić się takim właśnie przeżywaniem Kościoła: jako federacji stowarzyszeń chrześcijańskich, formowanych w znacznej mierze na bazie osobistych upodobań i indywidualnych przeżyć uczestników. Federacja wspólnot, między którymi trwa nieustanny przepływ ludzi, gdzie można wędrować w poszukiwaniu odpowiadającego mi osobiście miejsca… Wizja ta pasuje do katolickiego rozumienia różnych ruchów i grup odnowy, ale nie do katolickiego pojęcia Kościoła. Ruchy i grupy według katolika należą do jednego widzialnego Ciała, jakim jest Kościół katolicki. Ich jedność jest, owszem, przede wszystkim duchowa, ale nie tylko; jest także organizacyjna. Jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy, ekumenizm budujemy na iluzji. Chrześcijanin zaś powinien żyć realiami, a nie złudzeniami. Różnicę tę należy wziąć pod uwagę przede wszystkim tam, gdzie po bolesnych doświadczeniach podziałów i rozłamów próbuje się obecnie mozolnej drogi pojednania. Czy wystarczy powiedzieć wtedy: „Stary, nie przejmuj się tak, minęło już tyle lat, o co ci właściwie chodzi? Było, minęło, teraz podajmy sobie ręce – i naprzód!” Może jednak trzeba wstępnie zapytać: „Ale jakie pojęcie Kościoła nosisz teraz w swoim wnętrzu?” Pamiętajmy o katolickim pojęciu wspólnoty ludzi wierzących i o związanej z tym wrażliwości serca! Czy ojciec rodziny może mieć pewność, że kolejna jego ukochana córka nie zostanie uwiedziona? 27

×