Diese Präsentation wurde erfolgreich gemeldet.
Wir verwenden Ihre LinkedIn Profilangaben und Informationen zu Ihren Aktivitäten, um Anzeigen zu personalisieren und Ihnen relevantere Inhalte anzuzeigen. Sie können Ihre Anzeigeneinstellungen jederzeit ändern.

5. kathrin franke, bertram haude módl się i mieszkaj

882 Aufrufe

Veröffentlicht am

  • Loggen Sie sich ein, um Kommentare anzuzeigen.

  • Gehören Sie zu den Ersten, denen das gefällt!

5. kathrin franke, bertram haude módl się i mieszkaj

  1. 1. Słońce świeci ostro na niebie. Rzadkieobłoki szeroko suną ponad ziemią.W niegłębokiej kotlinie pośród bez-kresu pól leży wioska Bethenhausen1.Panuje tam martwa cisza, którą przerywająjedynie przelatujące nieśmiało kosy i pojedyn-cze auta z przyciemnionymi szybami, przejeż-dżające przez miejscowość i głucho dudniącemuzyką techno. W oknach domów widać białefiranki i szklane wazony, w których bulwy hia-cyntów powoli wypuszczają różowe i fioletowekwiaty. Nie widać żywego człowieka. Turbinawiatrowa na wzgórzu opodal wioski furczymonotonnie. Żadne koguty tu nie pieją, tylkoczasem nieśmiało ujadają psy. Nie ma tu jużżadnej knajpy, żadnych sklepów, żadnej szkoły– i żadnej pracy. Mimo to wszystkie domy są1Autorzy w tytule niemieckim Beten und hausen nawiązujądo nazwy własnej miejscowości Bethenhausen, któraskłada się z połączenia dwóch czasowników: modlić sięi mieszkać. Grę słów trudno jest oddać w języku polskim,zdecydowaliśmy się jednak pozostawić ślad tej aluzjiw tytule.zamieszkane. Całkiem niedawno wprowadziłasię do Bethenhausen młoda para i święto-wała tu swoje wesele. Pół wioski przyszło nawieczór przedślubny. Kiedyś, w czasach NRD,ludzie spędzali z sobą więcej czasu – twierdząstarsi. To jednak mało interesuje młodychi przyjezdnych. W ciągu tygodnia pracujągdzieś „na Zachodzie”, a w weekend, powró-ciwszy do domu po długiej jeździe samocho-dem autostradą, zamykają za sobą drzwi.„Wcześniej ludzie wiedzieli wszystko o sobienawzajem, nawet jeśli być może tego niechcieli. Teraz jednak anonimowość jest jeszczewiększa niż w mieście, z którego pochodzi-my”, powiada pani Wolter, która wraz zeswoim mężem parę lat temu wybudowała domw Bethenhausen. I dodaje z pewną rezygnacją:„Nie tak to sobie wyobrażaliśmy, kiedy prze-prowadzaliśmy się na wieś”.Niedaleko wioski pan Franke kopie jamęw ziemi i sadzi młodą lipę wzdłuż alei przymiedzy. „Teraz luka została ponownie wypeł-Kathrin Franke, Bertram Haudemódl się i mieszkajniona”, mówi radośnie i dodaje z pewnymsceptycyzmem: „Zobaczymy, jak długo drzewowytrzyma”. W oddali pan Schwarz, jedynybogaty rolnik w całej wsi, jedzie na swoimtraktorze po polach. Drzewa, które sadzi panFranke, są mu solą w oku. Ponoć obniżająplon. Kiedy wie, że nie jest obserwowany,przejeżdża swoimi wielkimi maszynami rol-niczymi wzdłuż drzew, rysując ich korę, ażte wymierają z osłabienia. Kiedy pan Frankewidzi poranione drzewa, serce go boli. Mimoto sadzi dalej.autoportret 4 [39] 2012 | 36
  2. 2. wszystkiefot.wart.:b.haudewłasnej skórze pustoszące trąby powietrznei powodzie, nim zaczną coś kapować” – rozmy-ślają dwaj panowie, w głębokim zadumaniu,wyglądając z okna na wysprzątany krajobraz.Pan Franke i pan Bachmann nie są jedyny-mi, którzy dostrzegają zmiany w przyrodzie.Nawet ścinający drzewa pan Boder się zasta-nawia. W jego salonie wisi obraz z kwiecistą,wielobarwną łąką. „To jest wspomnieniedawnych czasów. Teraz wszystkie kwiatypolne zostały wyplenione za pomocą środkówodchwaszczających, którymi skrapiane sąpola. To są efekty gospodarki przemysłowej,to jest ta zmiana strukturalna. Nic się nie dazrobić”. Niektórzy młodzi we wsi mówią, żekilometrowe, monotonne łany zboża wyglą-dają „pięknie zielono”. Rozpoznają w tymwidoku rzekomą naturalną idyllę z reklamyi nawet nie podejrzewają, że zboże jest pełnesztucznego nawozu i nasiąknięte pestycydami.Pan Franke nie jest z tych, co się poddają,choć miałby ku temu wszelkie powody. Jegorodzice byli chłopami. Sam z zawodu jestinżynierem elektrykiem. Na początku lat90. stracił pracę. Żona go odumarła kilka lattemu. Krótko potem syn zginął w wypadkusamochodowym. Córka się wyprowadzi-ła. Pan Franke kieruje całą swoją miłośćw stronę rodzimej fauny i flory, poważniezagrożonej intensywną gospodarką, i angażu-je się w ich ochronę. Buduje gniazda dla sówi sokołów oraz, ponieważ prawie wszystkiepolne ścieżki są pokryte sterylną warstwąsmoły, tworzy na własnym podwórku bajorkagliny, żeby jaskółki oknówki mogły na wiosnębudować swoje gniazda. Wskutek swojego za-angażowania w ochronę przyrody pan Fran-ke ciągle popada w konflikty z mieszkańcamiwsi. Podczas gdy on niezmordowanie sadzidrzewa i żywopłoty – nie tylko po to, żebyupiększyć krajobraz, ale także dla ochronygruntu przed erozją, pan Boder ścina wielki,stary dąb przed swoim domem. Jak twier-dzi, boi się, że spadną mu konary na głowęw czasie burzy, oraz ma dosyć zamiatanialiści jesienią. „Ludzie na wsi w przyrodziedopatrują się niebezpieczeństwa i nie umiejąjuż dostrzegać piękna i dostojeństwa staro-dawnego drzewa”, mówi sfrustrowany panFranke. Sam lubi skowronki i sowy, którychniewiele zostało w Bethenhausen, bardziejniż swoich sąsiadów. Nad biurkiem w jegopracowni wiszą niezliczone kartki zapisaneżyciowymi mądrościami. Na jednej jest napi-sane: „Odkąd znam ludzi, lubię zwierzęta”.Pan Franke jest kimś w rodzaju Syzyfa, sa-motnego aktywisty, który wykazuje budującąradość i oddanie sprawie, a zarazem rzadkospotykaną wytrwałość. Mimo wszystko niejest żadnym ekofundamentalistą: pan Frankekupuje jedzenie – jak wszyscy pozostali wewsi – tanio w supermarkecie. W jego lodówcemożna znaleźć mleko z Bawarii, masło z Nad-renii-Północnej Westfalii, rybę z Tunezji,mięso w opakowaniu próżniowym z przemy-słowego chowu, warzywa z Hiszpanii i sokmultiwitaminowy z koncentratu.Od czasu do czasu pan Franke odwiedza niecodalej mieszkającego pana Bachmanna. Wtedyobaj panowie prowadzą ożywione rozmowyo zmianach klimatycznych albo o WielkimWybuchu. „Ludzie muszą najpierw odczuć naautoportret 4 [39] 2012 | 37
  3. 3. przecież tyle ważniejszych trosk niż ochronaprzyrody. Burmistrzyni pani Steinert siedziwyczerpana na sofie i z trudem oddycha, boz powodu raka niedawno usunięto jej jednopłuco. Teraz musi zrezygnować z urzędu i manadzieję, że znajdzie się dobry następca, którypotrafi pokierować losem wioski. „Ten panFranke byłby dobrym kandydatem, ten swojewie. Ale wszyscy go we wsi unikają” – mówipani Meier, która mieszka z mężem w dużymgospodarstwie z kurami, gęsiami i kaczkami.Państwo Meierowie uosabiają zakorzenieniew tradycyjnym życiu na wsi. Oboje są osobamiwciąż aktywnymi, towarzyskimi, pracowitymii z chłopska kochają zwierzęta. Sens swojegożycia widzą w pracy na gospodarstwie, którazdaje się nie mieć końca. Zagroda państwaMeierów jest cała zastawiona narzędziamirolniczymi. Gołębie gruchają, kury i kaczkibiegają wokoło. Pan Meier kuśtyka raźnie przezobory i karmi swoje niezliczone zwierzęta,nieogarnione jak puchary i odznaczenia, którezbierał na wystawach ptactwa po całym krajui przechowuje w witrynie w sieni. Meierowiewłaściwie na drobiu tylko tracą, bo odkąd kacz-ki w supermarkecie chodzą już za 3,99 euro,nikt już u nich nie kupuje. „Kury wyandottei biegusy indyjskie w tym roku poszły bardzodobrze” – opowiada pan Meier rozpromienionyi pokazuje jaskrawo żółte nóżki i ognisty grze-bień kury, którą trzyma w ręku głową w dół.„Staramy się żyć w zgodzie ze wszystkimi wewsi” – powiada cicho jego żona. Sama przyje-chała do wsi ponad czterdzieści lat temu i dodziś czuje się tu obco. „Mieszkańcy Bethenhau-sen chcą przebywać we własnym towarzystwie.To jest osobny lud, nikogo nie przyjmują z ze-wnątrz”, opowiada zrezygnowana, podczas gdyjej córka dodaje: „Jeśli tylko znajdę pracę gdzieindziej, nie zostanę tu ani jeden dzień dłużej”.Poza ochroną przyrody pan Franke od wielulat poświęca się odnawianiu wiejskiego ko-ścioła, choć już prawie nikt w miejscowoścido niego nie chodzi. On jednak nie daje sięzbić z tropu. Dla niego kościół jest integralnączęścią wioski. Jest miejscem, gdzie ludzie sięzbierają i które powinno im przypominać, żesą rzeczy większe i ważniejsze niż konsumpcjai dobrobyt. „Chrześcijaninowi powinno zależećnie tylko na zbawieniu własnej duszy, lecz tak-że na zachowaniu Bożego stworzenia” – powia-da pan Franke głosem pastora, przystępującdo koszenia trawy na cmentarzu. W oddali,z okna swojej kuchni obserwuje go pani Eberti denerwuje się, że trawą tą karmi się potemowce. „To jest niemożliwe! Pod łąką prze-cież leżą martwi!” – klnie zabobonnie. PanFranke zaś zupełnie co innego ma na myśli.Pozwala trawie tak długo leżeć na łące, pókinie wypadną nasiona stokrotek, dzwonkówi krwawników. Wtedy wyrzuca ją na kompost.Na cmentarzu powstanie dzięki temu łąkarozkwitająca kwiatem polnym.Mieszkańcy wioski patrzą podejrzliwie nauparte zaangażowanie pana Frankego. „Dla-czego odnawia kościół, chociaż nikt mu za tonie płaci? Po co łąka z zielskiem na cmentarzu?Dlaczego chce, żeby jaskółki budowały swojegniazda pod dachami naszych domów? Obsrająprzecież wszystko…”. Pan Franke stoi w oso-bliwej sprzeczności z obrazem zatomizowanejwspólnoty wiejskiej. Jak samotny zapaśnikangażuje się w walkę o ochronę dziedzictwaprzyrody i kultury, którego wartość pozostajejednak wciąż nierozpoznana przez pozostałychmieszkańców wioski. Tylko czasem pewnastarsza pani kiwa mu głową z uznaniem, kiedyna wiosnę udaje jej się zebrać parę bazi do do-niczki. Gdyby pan Franke nie uprawiał starychwierzb głowiastych, nie byłoby też bukietów. Tojakoś dociera przynajmniej do starszych ludzi.Pozostali mieszkańcy Bethenhausen widząw panu Frankem „zielonego wariata”; jest
  4. 4. Także rodzina Fischerów szykuje się do wy-jazdu: odkąd pani Fischer z powodu silnychdolegliwości reumatycznych nie jest w staniepracować, jej mąż zarabia na to, by spłacićdom wybudowany na początku lat 90. „Jak tyl-ko spłacimy kredyt, nic już nas tu nie trzyma”– mówi – „Wtedy pojedziemy na południeFrancji i urządzimy tam sobie piękny wieczórżycia”. Pani Fischer przez całe lata próbowałasię zbliżyć do ludzi we wsi. Piekła ciasta i za-praszała do siebie – wszystko to nadaremnie:„Nie dociera się do ludzi”.Troski i sposób myślenia wielu mieszkańcówwsi są tak dalece naznaczone prywatnymiproblemami, że widocznie brakuje energii nawspólne przedsięwzięcia. Wielu z nich chcia-łoby, żeby wspólne życie we wsi było bardziejożywione, jednak czekają na pierwszy krok są-siada. Ostatecznie każdy pozostaje rozczarowa-ny i samotny z samym sobą i swoimi problema-mi. Pan Fischer martwi się, czy spłaci kredytna dom. Pani Meier zastanawia się nad przy-szłością swojej niezamężnej córki. Pani Ebertszuka w folderach supermarketów korzystnychofert, bo ma mało pieniędzy. Pan Boder życzysobie, żeby związkowi straży pożarnej dobrzesię powodziło. W baraku związkowym siedząjuż jednak tylko czterej mężczyźni. Pokłóconosię, nie można już się porozumieć. Jak możekomuś przyjść do głowy, by pomóc panu Fran-kemu odnawiać dach kościoła? Inwestowaćw Pana Boga – też mi korzyść!W Wigilię siedmioro mieszkańców wsi siedziw chłodnym kościele. Malutka wspólnotama czapkę na głowie i jest okutana w szal.W prezbiterium stoi rusztowanie, na którymleżą narzędzia pana Frankego. Młody pro-boszcz z sąsiedniej miejscowości wygłaszakazanie o miłości bliźniego i gra uskrzydlonyna syntezatorze. Pan Franke i bogaty rolnikpan Schwarz siedzą ramię w ramię, rzucającna siebie nawzajem podejrzliwe spojrzenia.Rozbrzmiewają kolędy, które jak cieniutkiechmurki tchu unoszą się w górę. Wszyscywe wsi radzą sobie jak mogą, każdy na swójsposób. Zawieszeni między optymistycznymaktywizmem i zrezygnowanym bezwładem sąwszyscy jedno, a przecież każdy jest jednaksam dla siebie.Tłumaczenie z niemieckiego:Emiliano Ranocchiautoportret 4 [39] 2012 | 39

×